Ostatnia wieczerza, czyli rzecz o dwóch znaczących kwestiach.

Są dwie kwestie, które w Azji zrobiły na mnie największe wrażenie.

Pierwsze to oczywiście pożywienie ;) Pożywienie jest w Azji, proszę Państwa, pierwsza klasa i nie ma co z tym dyskutować. Spotkani turyści, którzy z dumą oświadczali nam, że nie mają tu co jeść i w związku z tym żyją na pączkach z 7 Eleven, przyprawiali mnie o wewnętrzny, soczysty facepalm oraz zewnętrzne oczy jak pięciozłotówki. No bo jak to,  ja się pytam, tu gdzie wszystko jest niewiarygodnie aromatyczne, świeże, przyprawione w sposób o którym nasza, wschodnioeuropejska kultura kulinarna, może jedynie pomarzyć, żywić się jakimiś glutaminianami sodu, powodującym raka i choroby serca? To tak jakby jechać na Oktorebrfest i nie pić piwa, albo we Francji nie próbować sera, albo w Stanach Zjednoczonych olać żeberka. Tyle, że chyba nic nie równa się z tą stratą.

Podniebienie moje szalało z zachwytu przy każdym kolejnym daniu. Po dwóch dniach zupełnie przestała mi przeszkadzać ostrość, której do tej pory na talerzach nie akceptowałam, ale ponieważ  w tej części Azji ostrość nie jest po to aby wypalać wnętrzności (przynajmniej ja na taką nie trafiłam), a jedynie podkreślić smak i nadać pazura potrawie, moim zachwytom i mlaskom nie było końca.

Za radą Kuby, cała nasza dzielna czwórka prawie wyłącznie żywiła się na ulicy, w miejscach takich, jak na pierwszym zdjęciu. Wyszliśmy na tym doskonale. Zachowując trzy podstawowe zasady bezpiecznego żywienia w podróży (1. Pijemy tylko wodę butelkowaną fabrycznie [sprawdzać nakrętki czy na pewno nie były naruszone!], 2. Nie pozwalamy na wrzucanie lodu do drinków czy napojów. 3. Niszczymy skórę dłoni regularnym myciem i stosowaniem żeli antybakteryjnych) udało nam się uniknąć sensacji żołądkowych, nie wspominając o ciężkich zatruciach pokarmowych czy innych klątwach, a tego co próbowaliśmy nie da się porównać z niczym, ani nigdzie powtórzyć.

Jedząc na ulicy, w miejscach gdzie na kolację wpadają „lokalesi”,  próbowaliśmy tradycyjnych i dziwnych potraw, przygotowywanych  z cudownie świeżych produktów, w większości  na naszych oczach i w wysokiej temperaturze. Nigdy nie udało nam się zjeść dwa razy tego samego dania, gdyż w każdej kolejnej garkuchni, pod ta samą nazwą natykaliśmy się na kolejną wariację tego co wydawało nam się już znane.

Niestety nie mam zdjęcia dania które, w moim osobistym rankingu zajęło pierwsze miejsce, a był to PATHAI (kilka rodzajów podsmażonego makaronu, z dodatkami i przyprawami, cóż więcej, każdy i tak smakuje inaczej), przygotowany na Rambuttri st w Bangkoku. Nabyty na ulicznym, a jakże, straganie, w okolicach godziny dwudziestej trzeciej, spożyty na sześć pałeczek, na stołeczku, na krawężniku, jako podstawa dla tequili z opisanego w poprzedniej notce autobusu ;)

Nie mam również zdjęcia, zamówionego przez Maję kraba, który rzucony na grilla miał jeszcze tyle siły i werwy,  aby z  niego umykać. Biedne zwierze i tak skończyło na talerzu, ale przekonaliśmy się, że pożywienie posiada pierwszą klasę świeżości i nawet jeżeli sanepid miałby wiele do powiedzenia w kwestii azjatyckiej higieny gastronomicznej to ja nie mam żadnych zastrzeżeń i o wiele bardziej wolę danie spożywane w obecności szczura na ulicy w Bangkoku niż nadęte warszawskie fancy lokale.

Bangkok-0085

Wieczorowe makijaże, torba w dalmatyńczyka, zielone stołeczki i doskonała kolacja.

Bangkok-003

Czipsy o smaku sushi ;)

Bangkok-0346

Krewetka, ośmiornica czy kura?

Bangkok-0328

Przypadkowa zupa gdzieś na chodniku. Nawet pomidorówka mamusi przegrywa.

Bangkok-0340

Owoce liczy jeszcze z włosami ;)

Bangkok-0256

Nie musimy przedstawiać ;) Ale ślinka cieknie, co? ;)

A przy okazji – to co jemy w Polsce, Europie, Stanach, a co ktoś nazywa ananasem, ananasem jest jedynie z nazwy i wyglądu. Jak ananas to tylko w Azji.

Bangkok-0253

Kurczak, jak kurczak, ale w ten sposób przyrządzona wieprzowina, podana z sosem ziołowym to przekąska sezonu!

Numer dwa, który wprawiał mnie w nieustającą konsternację,  a który bardzo silnie związany jest z jedzeniem, to temat obrzędów religijnych.  Do tej pory żyłam w przekonaniu, że na religiach mniej więcej się znam, przynajmniej na tych monoteistycznych,  ale rzeczywistość ujawniła, że prawda jest zgoła inna i każda odwiedzana przez nas świątynia buddyjska, stawiała przede mną kolejne znaki zapytania.

Niektóre z rytuałów to szereg bardzo zagadkowych i tajemniczych czynności, przy czym pytanie dlaczego na ołtarzyku leży sparzony świński łeb zdaje się nie być zasadniczym ;)

Tajowie są bardzo religijni, targi dewocjonaliów ciągną się całymi ulicami,  przy każdym domu, budynku rządowym czy nowym i ultranowoczesnym  centrum handlowym znajdziemy zadbany dom dla duchów (który wygląda jak mały karmik lub budka dla ptaków), a w świątyniach ruch trwa cały dzień. Nic nie rozumiejąc plątaliśmy się po tych ociekających złotem i zdobieniami świątyniach, zastanawiając się nad sensem podróżowania w ten sposób, liżąc lizaka przez szybę, bez rozumienia prawdziwego sensu tego w czym uczestniczymy. Podróżowanie jako oglądanie kultury jest trochę irytujące i z pewnością nie spełniało naszych oczekiwań, a humory psuły nam nieustannie pojawiające się pytania, bo  wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do rozumienia otaczającego świata.

Azję ciężko zrozumieć, od tak, od pierwszego wejrzenia, nawet czytając wcześniej literaturę świata.
Tym wspanialsza i bardziej zachwycająca mi się wydaje.

Bangkok-0120

Wspomniany świński łeb, z dużą dozą prawdopodobieństwa został darowany duchom na kolacje. Czy duchy się ucieszyły, tego już szanowna wycieczka nie zdołała ustalić.

Bangkok-0269

Mnisi buddyjscy są skromni. I biedni. W związku z tym codziennie rano wyruszają w miasto z miseczkami, aby wierni mogli ich nakarmić. Powyższe zdjęcie przedstawia strażniczkę z pałacu królewskiego, spełniającą dobry uczynek. Ponieważ dotykanie mnichów przez kobiety stanowi tabu, strażniczka wkłada ostrożnie jedną torbę w drugą, tak aby przypadkiem nie dotknąć mnicha.

Bangkok-0360

W miejscach kultu nie ma buziaczków. Nie ma przytulasków. Trzymania za rączki. Odsłoniętych ramion i kolan. Koniec.

Bangkok-0102

Pan dzwoni w dzwony. Dlaczego Pan dzwoni w dzwony? Nie wiadomo.

Bangkok-0055

Tajowie są pomysłowi! Buddyzm mówi, że należy kochać i szanować każde żywe stworzenie, w związku z czym wypuszczenie na wolność uwięzionego zwierzęcia jest wykonaniem dobrego uczynku, a dobre uczynki należy kolekcjonować, gdyż każdy z nich pozwala na reinkarnację w wyższym wcieleniu, bliższym nirwany.

Za 1$ można wypuścić żółwia do rzeki, bądź wróbla z klatki i w ten sposób zarobić dobry uczynek na poczet przyszłego życia. Sprytne.

Bangkok-0084

Na myśl przychodzi Częstochowa. Razy dziesięć ;)

Bangkok-0446

Oficjalna nazwa świątyni Wat Pho brzmi Wat Phra Chetuphon Vimolmangklararm Rajwaramahaviharn.Powodzenia ;)

Na terenie tej świątyni znajduje się również gigantyczny posąg leżącego złotego buddy, z gigantycznymi rzeźbionymi stopami. Nie ma zdjęć, gdyż budda nie raczył w swej łaskawości zmieścić się w kadrze. W żaden sposób.

BKK-CAM20121101_0134

Buddę, nieco mniejszego, w pozycji do wyboru, można także osobiście ozłocić. Za niewielką opłatą rzecz jasna.

I to już koniec na dziś, w następnym odcinku zabiorę Państwa na floating market, a dalej to już piękna Kambodża.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Ostatnia wieczerza, czyli rzecz o dwóch znaczących kwestiach.

  1. Pingback: Kolacja w chińskiej dzielnicy | qbk blog

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s