Somewhere across the border

Podróż do Kambodży rozpoczęliśmy wsiadając bladym świtem do lokalnego tajskiego pociągu na dworcu Aranyaprahet w Bangkoku.

Jeżeli kiedykolwiek korzystaliście z usług PKP w relacji podmiejskiej, w sierpniu, przy największym możliwym upale to przypomnijcie sobie to wydarzenie. Dodajcie do tego gęstniejący z każdym przystankiem tłum. Dodajcie wiatraki umieszczone pod sufitem, pracowicie milące lepkie powietrze. Albo i nie. Dodajcie otwarte wszystkie okna, wszystkie drzwi, co i tak nie powoduje upragnionego ruchu powietrza. Widok slamsów zbudowanych z blachy falistej, przedmiotów porzuconych i twórczo wykorzystanych, roślinności i majestatycznych wieżowców w tle. Wyobraźcie sobie damę o bujnych kształtach przeciskającą się między ludźmi z koszykiem pełnym przysmaków, która jest królową tego przedziału, tego składu, tego pociągu. Królową z pewnością samozwańczą, ale za to diablo skuteczną. Władczym gestem upycha dzieci tam gdzie się jeszcze da je upchnąć i majestatycznie odpływa ze swoim koszem, jak lodołamacz torując sobie drogę przez tłum, w który ja nie wcisnęłabym nawet szpilki.

Podróż  do granicy trwa ponad pięć godzin. Przez pierwszą z nich mogę cieszyć się autonomicznym miejscem siedzącym, chwilę później, sama nie wiem kiedy, jedno tajskie dziecko siedzi mi na kolanach, drugie wierci się obok, a trzecie i czwarte zwisa nad głową, co jakiś czas upewniając się że mam świadomośćtego zwisania. Brzdąc na moich kolanach ma łaskotki i telefon z aparatem, którym robione są zdjęcia śmiesznym białym. Atmosfera jest piknikowa, a po przedmiejskich slamsach Bangkoku nie ma już śladu. Pojawia się piękna prowincja, zielona i soczysta. W końcu jest czym oddychać.

Za nic na świecie nie zamieniłabym tych pięciu godzin spędzonych w obskurnym, dusznym pociągu. Nie ma większej radości w podróżowaniu niż ta, gdy przestaje liczyć się cel, a ważne jest dotykanie otaczającej rzeczywistości. Już nigdy później nie miałam tak silnego wrażenia, że oto oglądam prawdziwą twarz Azji, tu i teraz, biorę udział w jej codziennym życiu, pozostając turystą z plecakiem, jestem także przez chwilę jedną z nich. W pociągach wszyscy są podróżnymi i wszyscy są na miejscu, pasują.

BKK-CAM20121103_028

Na peronie w Aranyaprathet, ciągle jeszcze po tajskiej stronie, ponownie staję się białym turystą, nie jest to nieprzyjemne, bo bliskość egzotycznej i tajemniczej Kambodży budzi we mnie milion pozytywnych emocji. Uśmiechnięty Taj w mundurze policji turystycznej, koniecznie chce wiedzieć skąd jesteśmy, pomaga ustalić cenę z tuktukowcami i po chwili oddechu pozwala ruszyć w stronę granicy w Poipet.

Nie trzeba zorganizowanej wycieczki z biurem podróży żeby poczuć się pewnie i bezpiecznie, przed granicą przejmuje nas pod opiekę młody chłopak mówiący po angielsku, przedstawia się i tłumaczy, że jest tu po to abyśmy bez problemów przekroczyli granicę. Biali ludzie, którzy  naczytali się przed wyjazdem o przygranicznych przekrętach, wykazują sporą, ale uprzejmą nieufność. Niepotrzebnie. Chłopak prowadzi nas prawie za rączkę, wręcza kwity, tłumaczy każdy kolejny etap przeprawy. Trochę nas bawi ta troska. Granicę przekraczamy sprawnie, co nie oznacza, że szybko. Ogonek do kambodżańskiej odprawy jest koszmarny. Oczekiwanie umila mi ciekawski mnich, który zachowując stosowny dystans zagląda mi w paszport, sprawdza poprawność danych i bardzo chce wiedzieć skąd mam wizę skoro jeszcze nie dotarłam do posterunku. Opcja wizy kupowanej przez internet bardzo go frapuje.

W nagrodę za cierpliwe oczekiwanie, bez omdlenia w upale i ścisku dostaję także zainteresowanie i  podszyty małym flirtem, uśmiech strażnika granicznego. Blondynki mają fajnie ;)

W Poipet nie ma mafii taksówkowej. Bilet na autobus do Siem Reap kosztuje tyle, taksówka tyle i koniec. Nie ma negocjacji. Nie ma dyskusji i targów. Kupujesz bilet albo na jeden, albo na drugi środek transportu, wsiadasz, jedziesz. To co może zaskoczyć to taksówkarz, który zatrzymuje się za rogatkami miasta, wyskakuje z auta jak oparzony, ściąga elementy świadczące o tym, że jego wóz to taksówka.  Całą dalsza drogę przekonuje nas o tym, że ma prawo jazdy. Posiadanie tego dokumentu musi tu być czymś bardo ważnym i chyba nie tak aż bardzo powszechnym, bo dumę łatwo rozpoznać, nawet jeżeli brak jest wspólnego języka.

Kambodża wita – szalonym taksówkarzem i tęczą.

BKK-CAM20121103_055

Nie mogę się pozbyć myśli, że jestem w kraju o tak strasznej historii terroru, wojny, głodu, bratobójczych mordów. Od momentu przekroczenia granicy w oczach każdego dorosłego szukam śladów tej traumy. Nie wiem czy znajduję, czy tylko mi się wydaje, ale Khmerowie są inni. Są dumni i zamyśleni, uśmiechają się, owszem, ale ten uśmiech, to nie radosny śmiech Tajów, wiecznych dzieci, to uśmiech z tajemnicą. Albo wszystko to mi się tylko wydaje. Jest gorąco. To możliwe.

BKK-CAM20121103_039

Z każdym kilometrem sławnej drogi z Poipet do Sieam Reap, to drzemiąc, to przyklejając nos do szyby, popadam w coraz większy zachwyt tym zielonym, pustym krajem.  Wtedy jeszcze tego nie wiem, ale ten zachwyt nawet na chwilę miał mnie nie opuścić.

BKK-CAM20121106_1080

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s