Nie pytajcie mnie jak było

Z notatek:

Gdy na przestrzeni ośmiu miesięcy głupi człowiek odwiedza najpierw Azję Południowo-Wschodnią, a potem Amerykę Południową, w rejonach andyjskich, to po powrocie może śmiało i z całą pewnością napisać tak:

Azja jest miękka, miła w dotyku, jest ciepła, pachnąca i bezpieczna. W taką Azję się wpada i brodzi się w lepkości jej powietrza i w słodyczy, w uśmiechach ludzi żyjących w pełnym słońcu, którym natura pomaga, których karmi i których chroni. W Azji można się zakochać na zabój od pierwszego wejrzenia i takim zakochanym zostać nie potrzebując nic więcej.
Azja jest bezpieczna, łatwa i dostępna. Ze straszną przeszłością, w którą ciężko uwierzyć i z kolorową, głośną, aromatyczną rzeczywistością, której ignorować się nią da.
Taka jest dziś dla mnie.

I jest zupełnym przeciwieństwem Peru i Boliwii.
Ameryka Południowa, którą poznaliśmy, pokonując ponad sześć tysięcy kilometrów drogą lądową, jest twarda, jest zimna, jest niedostępna, surowa i niebezpieczna. Wszystko, co człowiek od niej chce, o co ładnie prosi, co mu się marzy i śni po nocach, musi sam wyrwać, wygryźć, wyszarpać, albo przynajmniej wypłakać, wydeptać, w ostateczności wymodlić.
Nic nie jest łatwe, o nie.
W nocy krzyż południa wisi nad głową, gdy w tym samym czasie opuszki palców odmarzają mimo rękawiczek z lamy, za dnia – poparzenia słoneczne i wstępna ślepota oraz powolne odtajanie po zimnej nocy i szczyty we mgle, zawsze, wszędzie jakieś szczyty, zbocza, tarasy.
Peru ma dla mnie kamienne oblicze ludzi gór. Wymaga nieustannego wysiłku, poświęcenia, cierpliwości i wytrwałości. Zmusza do wyrzeczeń i nie zawsze odkrywa to, co ma cennego. Czasami strzeże zazdrośnie, ale gdy już dotrzesz do celu, gdy już wleziesz, zleziesz, przebrniesz, pokonasz – siebie albo tę przełęcz cholerną, to zimno nieustępliwe lub najpospolitszy strach – wtedy w nagrodę dostajesz pełnowymiarowy zachwyt i bezdech, i obietnicę, że nigdy, przenigdy już nie przestaniesz robić tego, co robisz, bo nie ma w życiu nic piękniejszego niż spanie w zamarzających, przeraźliwie trzeszczących i poruszających się po drodze bez drogi autobusach przez trzydzieści dwie godziny, aby znaleźć drzwi do zupełnie realnego i prawdziwego Hogwartu.

Takie były moje pierwsze wrażenie po powrocie. Teraz, gdy minęły już ponad dwa miesiące, gdy uporałam się z tysiącami zdjęć, opowiedziałam kilka historii, gdy  miniona przygoda wydaje się odległa i nierealna, coraz bardziej tęsknię za tym wysiłkiem i niedostępnością, coraz bardziej mi jej brakuje i jedną półkulą mózgu kombinując wyjazd do Azji albo Australii, drugą marzę o szczytach Cordyliera Blanca, w tym o najsłynniejszym w popkulturze – Artesonraju (może niekoniecznie od razu do wspinaczki, ale przynajmniej do podziwiania ;). Bo góry, to góry – nic tak nie zachwyca, ani nie daje takiej satysfakcji jak pokonywanie własnych strachów i słabości. Dlatego zakochałam się w Peru.


PeruBoliwia2013-22

A Peru zaczęło się w Limie.

Dusznej, kolonialnej, hałaśliwej i pełnej wojska, policji i broni. Nie pachnącej niczym szczególnym! To dziwne, gdyż Azja zawsze czymś pachniała. Ameryka jednak potrafi być bezwonna, co mój wyczulony nos przyjmował z pewnym niepokojem.

Z niepokojem przyjmowałam także świadomość czyhających niebezpieczeństw. Bynajmniej jednak nie o węże amazońskie się rozchodzi, ani strome szlaki górskie czy chorobę wysokościową, nawet nie specjalnie martwiła mnie przestępczość pospolita czająca się w ciemnych zaułkach. Najbardziej martwiło mnie przechodzenie przez ulicę.

Podobno to w Azji jeżdżą jak chcę, gdzie chcą i śmierć w oczach albo pod kołami natychmiastowa, a o Limie nikt nigdy nic. I bardzo niesłusznie! Pięć razy rozglądałam się na przejściu dla pieszych, dziesięć, tam gdzie przejścia nie było, a gdy kierowca, zwłaszcza taksówki, wypada zza węgła i widzi człowieka (nie tylko gringo, ale kobitę z trójką dzieci u spódnicy, faceta ze świnią, albo babcię z tobołkiem)  na jezdni – nic go nie powstrzyma przed wciśnięciem… gazu do dechy. Nauczyliśmy się szybko.PeruBoliwia2013-23

Plaza de armas.

Ważna nazwa, bo taką nosi 90% wszystkich peruwiańskich miejskich placów głównych. Proste! 

Lima w naszej podróży odegrała rolę łącznika, bufora pomiędzy światem europejskim, a południowo amerykańskim. To typowa stolica, w której turistas lądują na dwa dni, zwiedzają kościoły, zabytki i główne place, a wieczorami piją pisco sour i opychają się pysznym seviche, myślami będąc już kilkaset kilometrów dalej, w inkaskich ruinach i na grzbietach Andów. Zapamiętałam ciepło, którego brakowało mi przez kolejne trzy tygodnie, stosy kości w katakumbach głównej bazyliki, szalonych kierowców i uprzejmego policjanta dbającego o bezpieczeństwo nieopalonych jeszcze i zbyt mocno może wyluzowanych gringos. I karalucha w hotelu, pierwszego i ostatniego w calej podróży, zabitego za pomocą wazonu. Sorry, Pachamama!

PeruBoliwia2013-24Najbardziej turystyczna, obok Miraflores, część miasta. Kolonialna zabudowa, tłumy z aparatami, a dookoła legiony wojsk lądowych, tych oficjalnych – państwowych oraz prywatnych najemników w niebieskich mundurach. 

PeruBoliwia2013-12

Gwardzista udaje, że nie nadaje do ukochanej smsów w trakcie służby na oczach kilkudziesięciu gapiów uzbrojonych w aparaty ;)PeruBoliwia2013-10

Do takiego oświetlenia w Limie trzeba mieć szczęście, w końcu to miasto przez pół roku żyje pod „brzuchem osła”, jak mieszkańcy nazywają ciemne, ołowiane chmury wiszące nad ich głowami przez całą zimę.PeruBoliwia2013-21

Knajpek i knajpeczek w Starej Dzielnicy jest bez liku, a zjeść w nich można tanio i bardzo, bardzo smacznie.PeruBoliwia2013-9

Prace społeczne?PeruBoliwia2013-30

Fotografia rodzinna, a ja bezczelna.PeruBoliwia2013-29

Miłość za to wszędzie wygląda tak samo ;)

PeruBoliwia2013-36

Azję doświadczaliśmy stadnie i były to doświadczenia ekstremalnie miłe w doskonałych warunkach środowiskowych. Amerykę natomiast rozgryzaliśmy i rozłupywaliśmy jedynie we własnym, podwójnym gronie i dam sobie dłoń lewą odrąbać, że nie pozostało to bez wpływu na ogólny odbiór.
Jesteśmy, ja i G., jak wilcy dwa. Razem tup, tup na przełęcz 4,5 k n.p.m. ale żeby ze sobą jakoś bardzo dyskutować i wymieniać głęboko filozoficzne uwagi o naturze zastanych relacji społecznych, to raczej nie. Patrzę ja tylko czasami i widzę szerokie źrenice* zachwytu i już. Tyle ciszy między nami nie było chyba nigdy, a była to cisza zupełnie błogosławiona. Wypełniłam się w końcu swoimi własnymi myślami, swoimi własnymi emocjami, jakbym wysłała sama siebie i sama sobie przeprowadziła kurs medytacyjny połączony z przyspieszoną aklimatyzacja wysokogórska i treningiem wysiłkowym.

W konsekwencji –  tajemniczy uśmiech buddy na twarzy i wewnętrzny wysokohemoglobinowy zen. To to, co poza kilkoma sztukami odzieży z lamy przywiozłam z tego wspaniałego kontynentu.

 

Brasil

Natomiast zanim dotarliśmy do Peru, spędziliśmy sześć godzin na przedmieściach Sao Paulo. Zupełnie, ale to absolutnie nieturystycznych, za to mocno przemysłowych. Plątaliśmy się bez celu, bladzi po Europejskiej zimie, szukając widoków i zachwytów znaleźliśmy codzienną pracę, drogę do szkoły z wielkim plecakiem na plecach, zabawne przydomowe parkingo-garaże i jedno ostrzeżenie, że z tym aparatem to może niekoniecznie i niepublicznie. A także dużo dobrego i zimnego piwa ;)

PeruBoliwia2013-1 PeruBoliwia2013-2 PeruBoliwia2013-4 PeruBoliwia2013-6

* Co równie dobrze mogło mieć związek z liśćmi koki, niewykluczone, ale o tym w następnych odcinkach ;)

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Nie pytajcie mnie jak było

  1. Tekst malowniczy, pełen uwielbienia i zachwytu. Zauważam, iż przebija z niego również uczucie gorące do KOGOŚ, większe nawet niż do niegdysiejszych i teraźniejszych Inków. To jest piękne, ten zachwyt, to uwielbienie, ta radość obcowania z Nim i nimi!
    Warto byłoby zaznaczyć między wierszami, że bieda i nędza jaka dotyka mieszkańców to wynik nie ich nieudolności czy lenistwa(choć może coś w tym jest), ale typowe dla mieszkańców Ziemi wyzyskiwanie słabszych w imię czegoś co nawet ten nad nimi nie przewidział. Hej………….

  2. Tak, tak, kocha się ;)
    W sprawie biedy i nędzy natomiast – cóż, nie mam kompetencji, aby rozprawiać się z tak skomplikowanymi tematami. To w czym czuję się kompetentna to własne uczucia, wrażenia i zachwyty, o sprawach społecznych, politycznych i globalnych zaś powinni pisać ci, którzy mają więcej niż mgliste o nich pojęcie. Za dużo bzdur w internecie już napisano.
    Co nie znaczy, że podróżuje bezrefleksyjnie. Czym innym jest jednak posiadanie własnego zdania, a czym innym mądrzenie się w przestrzeni publicznej.

    Może przyjdzie moment, że poczuję potrzebę wkroczenia na te burzliwe wody, póki co jednak wolę skupiać się na bezpiecznym gruncie własnych wrażeń.
    Pozdrawiam serdecznie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s