Machu Picchu

I po co nam to było?

Siedem godzin na andyjskich serpentynach. W zatłoczonym, nieogrzewanym busie wspinającym się dziarsko na trzy i pół tysiąca metrów nad poziom morza, z szalonym kierowcą opowiadającym po hiszpańsku, tym którzy rozumieją, tajemnicze historie. My nie rozumiemy, patrzymy zafascynowani przez zakurzone okna – w dół, w przepaść, kiwamy się na ostrych łukach. Kierowca manewruje jak szatan, wyprzedza na zakrętach, pod górę, trąbi, opowiada, gestykuluje. Zadowolony, że w wielonarodowej ekipie znalazł wdzięcznych słuchaczy z Ekwadoru.  Przez szczeliny w poszyciu czterokołowego kadłuba wdziera się lodowate górskie powietrze. I mgła. Czuję jak osiada mi na kolanach. Silnik rzęzi, wspinamy się coraz wyżej.

Po trzech godzinach ulga. Mirador. Wysiadamy. Prostujemy nogi, przecieramy oczy. Nic nie może się równać z tymi zielonymi, soczystymi, przydymionymi lekko zwisającą poniżej mgłą zboczami. Krajobraz jest nierzeczywisty. Przestrzenie rozciągają się tam gdzie pozwala im na to pasmo gór, a pomiędzy nimi przepaść zieleni. Siedzimy na jakiejś kłodzie, zaczarowani wdychamy lodowate wysokogórskie powietrze. Odjazd.

Santa Teresa. Obiad .

Kotlet niewiadomego pochodzenia czy spaghetti? Kotlet. I gęsta zupa z kukurydzy. Piwo czy mate de coca? Mate. Napój bogów na wysokości. Ponownie bus z nadzieją, że najgorsze mamy już za sobą. Niestety, asfalt się urywa, zaczyna się szuter, który zwęża się do jednego pasa, do pół pasa. Jak ten bus się tu mieści? A w dole przepaść, a na drodze potok, gruchot z nami w środku zwalnia, przedziera się przez wodę jak muł. Przejechaliśmy suchą stopą! I tak pięćdziesiąt razy, za każdym razem głębiej, za każdym razem zastanawiam się czy to nie jest raz ostatni dla tego silnika. Wszystko kończy się dobrze.

Hidroelectrica.

Grupa, która przez ostatnie siedem godzin wspólnie modliła się do bogów o przetrwanie, teraz się rozdziela. Połowa niezdarnie pakuje się do pociągu, połowa wkracza na tory – bo tylko po torach można dostać się do Aquas Calientes, celu wszystkich tych, którzy przyjechali podziwiać peruwiański cud świata. My oczywiście do marszu gotowi, start. Ale wcześniej cały dobytek na plecy czym budzimy powszechną ciekawość.  No trudno, kulawa logistyka początku wyprawy ciążyła nam będzie przez najbliższe dziesięć kilometrów.

Ci nieobciążeni uciekają nam w ciągu pierwszych trzydziestu minut. Zostajemy sami z torami, na dnie ogromnego wąwozu. Z zielenią, z odgłosami dżungli. Patrzymy w górę, wypatrujemy oczy. Nie ma. Poza jednym małym ułamkiem jakiegoś muru w oddali – nie ma nic. Tylko las, a wyżej skały. Gdzie oni to ukryli, podstępni.

Chłopak i dziewczyna, z Chile. Wcześniej ich pytałam czy to tędy. Tędy. Wloką się, nigdzie im się nie spieszy. Hola amigos. What’s  your name? Ola? Naprawdę masz na imię Ola? To zabawne. Rozmawiamy o polityce. Dlaczego Chile nie lubi Peru. Nie lubi zwyczajnie i po sąsiedzku. Co innego Boliwia. Chile najbardziej nie lubi Boliwii choć Boliwia jeszcze bardziej nie lubi Chile, za to morze zabrane.  Znamy Wałęsę i Jana Pawła II, wiadomo. A wy, co wiecie o nas? Niewiele wiecie, ale politycy wszędzie są tacy sami.

Zapada zmrok, a my w tym lesie. Dobrze, że jest płasko, kolej nie jeździ po stromym, paski plecaka zaczynają przeszkadzać, czuję tę zbyt jednak dużą butelkę szamponu i książkę. Niechaj będzie nauczką na przyszłość. Czuje wyjętą czołówkę, lżej na plecach, ciężej na duszy bo ten zmrok zapadający i ten las, który nagle zaczyna mieć dźwięki i szeleścić nad głową, bokami, straszyć trochę. Dzięki za tory, po torach jak po sznurku, nie zgubimy się, będzie zabawnie.

Para Niemców. Serwus, zepsuły nam się czołówki. Niemieckie. Szlag. Pójdziemy z wami, dobrze?  Skąd jesteście, po co, na jak długo? Politycy wszędzie są tacy sami. Przedzieramy się. Teraz to już zupełnie nic nie widać, tylko okrąg światła z czołówki – jednej, drugiej, trzeciej, a nas sześcioro i milion świetlików.

Stacja jakaś, to już tu? Nie. Jeszcze kawałek. Idźcie tą drogą, już nie po torach, ale wzdłuż. Pod górę. Zaczynam nieoddychać, czuję chusteczki higieniczne w plecaku, to przez nie taki ciężki.

Aż oczom ich ukazał się Rivendell.  Zawieszony na zboczach, oświetlony milionem światełek. Udało się, zróbmy sobie zdjęcie na tym tu ryneczku, wyślecie nam, dziękujemy za światło. Tani hostel z ciepłą wodą (cuda!), pranie za milion soli, kolacja. Spanie.

Aquas Calientes.  Czwarta rano.

Bolesna pobudka, bielizna termoaktywna, bluza, polar, windshield, 2 litry wody do plecaka, czekolada, mugga na komary (podobno atakują na górze chmarami – czytaliśmy, jesteśmy przygotowani), buty na obolałe stopy, ekscytacja. Podążamy za światełkami, z całej okolicy schodzą się te światełka, wszystkie w jednym kierunku. Mamy wrażenie, że znowu jesteśmy spóźnieni, przyspieszamy. Oddech w kolejce, bilety, mostek, a za mostkiem góra, a my na tę górę. Nie drogą dla autobusów, szlakiem tysiąca pięciuset inkaskich schodów. Przedzieramy się przez mrok, zarośla, własny urywany oddech, przedzieramy się szaleńczo, jakby goniły nas hordy z Mordoru. Na plecach czujemy oddech autobusów wwożących pasażerów pierwszego porannego pociągu. Za późno, już są, jeden przyjechał, drugi nadjeżdża, a my w tym hobbitonie, słyszymy silniki, widzimy dziurę w zaroślach, którą wiodą  schody, czołówka przestaje być potrzebna, cichy świat wytłumiony przez osiadającą na wszystkim mgłę. Na kilka chwil zawisam w magii.

Oraz. Kolejka.

Kolejka do zabytku, moja ulubiona. Wszyscy ziewają, ci co włazili zmieniają odzież z przepoconej na suchą, ci co przyjechali nie są zadowoleni, bo ta mgła i jak tu oglądać zabytek kultury inkaskiej, przewodnicy szukają klientów, klienci szukają przewodników, kasy otwarte. Wkraczamy.

I po co nam to było?

Żeby stanąć na krawędzi pięćsetletniego tarasu z kamienia, schować się w załamaniu muru, przycupnąć za plecami dwóch siedzących na piętach rastafarian i po to żeby poczekać, obserwując w napięciu mgłę, która się nie podnosi, ale rzednie, rozwiewana delikatnymi podmuchami coraz cieplejszego wiatru, zdradza zarysy. Zamykam oczy, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden, uspokajam oddech, uchylam powieki, dzieje się magia. Na moich oczach wyłania się z szarości przestrzeń wypełniona kamieniami, idealnie dopasowanymi, harmonijnymi, rytmicznymi murami, spadkami i wzniesieniami. Przestrzeń ogromnego zbocza, którego dna nie widać, zagospodarowana w każdym calu. Nie wierzę moim własnym zmysłom, błędnik wariuje. Trzy metry niżej zaczyna się taras uprawny, trzy metry wyżej kończy się mur, wiem, że nade mną jest kolejny taras i kolejny, pode mną schody tarasów, przede mną ogromna przestrzeń z wariującymi jaskółkami. Mgła podnosi się szybciej i szybciej, oddycham szybciej i szybciej, łapię za rękę, widzisz? Widzę. Jesteśmy tu!

Łowimy przewodnika – Willego – i dwie Amerykanki (w grupie raźniej. I taniej.). Powiedz nam, wszystko co wiesz nam opowiedz, swoją łamaną angielszczyzną opowiedz kto tu żył, dlaczego. Jak oni to zbudowali, opowiedz. Z dołu nic nie widać, a tu całe miasto. Po prawej stronie, od wschodu i południa tarasy uprawne, od północy też tarasy, węższe, bardziej strome, dekoracyjne, dla kwiatów i krzewów, jesteście w rezydencji Inki, w miejscu świętym, magicznym, najważniejszym – tak mówi, musimy wierzyć, choć wiemy, że nie ma żadnych wiarygodnych źródeł tłumaczących dlaczego. Idziemy między mury, migawka nadaje rytm, krok, pstryk, bo po powrocie nie uwierzę sama sobie! Zwróćcie uwagę na kamienie, zobaczcie, tu są luźne (luźne? Dobre sobie. Pięćset lat a one jak nowe.), tu natomiast nie wciśniemy żyletki. Te pierwsze to obiekty nieistotne, gospodarcze, mieszkalne, te drugie – święte, idealne, w konstrukcji i bryle, słońce pada tak, żeby podczas dni przesilenia promienie wypełniały doskonały kwadrat. Astrologia, gwiazdy, mapy, przyroda, pamiętali o wszystkim, obserwowali niebo, z gwiazd układali swoje odpowiedzi. Ta misa wypełniona wodą służyła do obserwacji nieba w bezchmurne dni. Tu rezydencja Inki, tu – Świątynia słońca. Migawka pstryka. Miasto jest niedokończone, do końca trwała w nim rozbudowa, czemu je opuścili, czemu opuścili miejsce tak ukryte, z takim wysiłkiem budowane, bez koła, bez pisma!

My też opuszczamy na chwilę, mamy bilety na stary szczyt i czas do południa, żeby przejść punkt kontrolny. Żegnamy Willego i Amerykanki. To była ważna lekcja!

Biegniemy, znowu schody, dwa tysiące inkaskich schodów, pod górę rzecz jasna. Z każdym pokonanym trawersem widok na miasto poniżej odbiera słowa. Mgła pojawia się i znika, słońce jest coraz wyżej, zaczyna palić. Krem z filtrem – 50 SPF.

Jak burza zdobywamy stary szczyt, padamy przy urwisku, zaklinamy mgłę, utrwalamy na matrycy cyfrowej biednych turystów śpiących nad kilometrowym urwiskiem, nie spać, zwiedzać! Mgła znika, migawka trzaska, jest, słitfocia z Machu Picchu w tle!

I znowu schody, w dół, o boże jak ja nienawidzę w dół, jak moje kolana nienawidzą w dół, wejdę gdziekolwiek chcesz, ma Mount Blanck mogę, na Nanga Parbat, na McKinleya tylko nie każcie mi schodzić w dół. Więc nie idę, zbiegam modląc się o niepołamanie kończyn dolnych jakże przydatnych w podróży. Ufff, dwie godziny czterdzieści minut i znowu jesteśmy w tajemniczym mieście.

Zwalniamy tempo, zaprzyjaźniamy się ze Słowakiem i z lamami, które po zabytku klasy zero oraz cudzie świata chodzą jak psy, dbając o stan lokalnej zieleni trawnikowej. Można lamy głaskać i karmić, można robić sobie z nimi zdjęcia i robić im zdjęcia, gdy cierpliwie znoszą niezdrowe zainteresowanie wycieczki amerykańskich nastolatków w dziwacznych czapkach. Przeżuwają, a gdy się znudzą atencją, odchodzą majestatycznie strzyc trawę tam gdzie rośnie ona z dala od turystów. Zabytek, zoo, słońce, leżymy ta trawie na Machu Picchu, wiele, bardzo wiele kilometrów od domu, na cudzie świata leżymy i nie chce nam się placem ruszyć, ani tym u nogi, ani tym u ręki odpowiedzialnym za rytmiczne działanie migawki. Mamy jeszcze trzy godziny na kontemplację i zejście, tak aby nie łazić znowu w ciemnościach po andyjskich lasach, inkaskich schodach.

Machamy tym co na pociąg pędzą, ostatni tego dnia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s