Salar de Uyuni

A może przejedziemy się tysiąc trzysta kilometrów południowoamerykańskim transportem lokalnym? Czemu nie, pomyśleliśmy. Gdzie lepiej poznamy koloryt lokalny, gdzie zjemy śniadanie przy drodze wraz z kozami, ewentualnie z kóz (lam), gdzie nas wytrzęsie  i sponiewiera tak, że poczujemy podróż w kościach, gdzie zaoszczędzimy cenne dolary? Tylko w PKS-ie pomyśleliśmy i nabyliśmy bilet z Cusco do La Paz (które nie jest administracyjną stolicą Boliwii, co proszę zapamiętać na wszelki wypadek) jednak zanim wsiedliśmy do boliwijskiego PKS-u zmuszono nas do przeżycia wycieczki prawie turystycznej z przeprawą przez wodę – my oddzielnie, autobus oddzielnie, czyli jak to z usługami turystycznymi bywa –  i śmieszno i straszno.

Przemknęliśmy przez Peru, potem chcieliśmy przez granicę, gdzie okazało się, że nie posiadamy Bardzo Ważnego Dokumentu potwierdzającego nasz wjazd do Peru i musieliśmy załatwiać, płacić, wręczać i wypełniać, zanim udało nam się wjechać do Boliwii. Dotarliśmy do La Paz umierając po drodze z zachwytów nad widokami okolic jeziora Titicaca, w La Paz zaś wpadliśmy w szał.

Plan był taki, żeby jechać natychmiast do Uyuni. Nikt przy zdrowych zmysłach tak nie robi, bo sama podróż z peruwiańskiego Puno do La Paz zajmuje cały dzień, a my nie dość, że wybraliśmy się z Cusco to chcieliśmy dalej, bo MAŁO MAMY CZASU przecież.

Jednak o piętnastej nie tak łatwo znaleźć transport w głąb kraju, wszystko już załadowane, zarezerwowane, odjechało, bądź zaraz odjedzie. Na szczęście, dzięki cudownemu rozmnożeniu, zrobiło się nas czworo i dzieląc wysiłki, zlokalizowaliśmy ostatni możliwy autobus z czterema wolnymi miejscami do samego Uyuni, na sam świt. Jedziemy! Nie wiemy co dalej, ale jedziemy, a wcześniej prysznic na dworcu, który zapamiętam sobie na zawsze ;)

Jedziemy z tą lekką nutą niepewności. Nie to żeby taki stan rzeczy był nam obcy i wrogi, lubimy bez planu i na wariata, ale czas goni, czasu mało, a siedzenie w zapadłym Uyuni dzień cały tylko dlatego, że nie dało się o świcie zorganizować wycieczki w solankę byłoby irytującym marnotrawstwem zasobów. Ale jest K. K. ze swoimi skilami nie tylko lingwistycznymi, ale także interpersonalnymi w ciągu pierwszej godziny podróży zaprzyjaźnia się, negocjuje i ostatecznie organizuje nam samochód, przewodnika i noc na Salarze. I już prawie mogliśmy spać spokojnie i odpoczywać, gdyby nie to że: droga się skończyła, autobus zaczął się rozpadać, pokrywa na dachu wpadła w rezonans zamieniając się w dźwiękowe narzędzie tortur, temperatura spadła do minus stu, a turystka obok zaczęła się bać boliwijskiego współpasażera (któremu to strachowi dawała wyraz rzucając nam ukradkowe rozpaczliwe spojrzenia), który zamiast spać i chrapać jak inni Boliwijczycy w tym autobusie, postanowił ją poderwać, korzystając zapewne z sytuacji w której dziewczę nie ma dokąd uciec. Uroki podróżowania samotnie. Będzie co opowiadać wnukom. Tym czasem nam również zbierał się materiał do opowieści przy kominku. Jeszcze nigdy nie jechałam przez lodowate, czarne nic, w czymś co ledwo kupy się tzryma. Przynajmniej nie jechały z nami żadne kury ani lamy, a jedynie kilogramy ziemniaków w luku bagażowym zaraz obok ton Bardzo Profesjonalnego Sprzętu Fotograficznego, którego właściciel na każdym przystanku wybiegał w panice z autobusu, aby pilnować rozładunku i załadunku. Niepokojąco często ceną za dobre zdjęcia jest opuszczanie ciepłych i wygodnych pomieszczeń oraz niedosypianie i niedojadanie ;)

Uyuni o świcie.

Trzydziesta trzecia godzina w autobusie, ja nie umieram, oni nie umierają, ekscytujemy się wszyscy poszukiwaniem prysznica, płaceniem za prąd do suszarki, śniadaniem, negocjacjami, a w końcu pakowaniem manatków na dach Land Cruisera. W drogę.

Salar de Uyuni.

Dwa dni, jedna noc, a pomiędzy nieustannym zachwytem migawki.

PeruBoliwia2013-229*

Chłopak pasie świnie. Gdzie on je pasie? Gdzie je pędzi wspomagany przez puchatego szczeniaka? Dwa dorosłe spojrzenia w obiektyw.

*

PeruBoliwia2013-242 PeruBoliwia2013-258*

Obiad będziemy jeść tu. Czy kiedykolwiek zdarzyło wam się jeść obiad z lamy, przygotowany w boliwijskim domu przez boliwijską żonę boliwijskiego przewodnika i nauczyciela historii, na solnej pustyni, gdzie niebo odbija się w wodzie, którą masz pod stopami, a która nie moczy butów, bo stąpasz po stożkach z soli, gdzie wokół nie ma nic tyko biel i błękit i wszystko jest do góry nogami? Tak myślałem. Smacznego.

*

PeruBoliwia2013-295 PeruBoliwia2013-297

PeruBoliwia2013-318*

Kaktus przyrasta jeden metr na sto lat. Ten kaktus ma 10 metrów. Ile kaktus ma lat?

Pod kaktusem królik wielkości bobra.

*

PeruBoliwia2013-368

*

Załączam tempomat, nie dotykam kierownicy, pędzę przed siebie, cieszcie się, że to ja pędzę, bo nikt kto się tu nie wychował nie trafiłby z taką łatwością do miejsca do którego chcemy trafić. Tu się wydaje że wszędzie jest blisko i że wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Iluzja. Czary Salaru. Do granicy pustyni 50 kilometrów, pędzimy, slońce zachodzi, cichy zapada zmrok.

*

Śpimy u Dino. Dino, choć na wino! Będziemy dziergać polsko-boliwijską przyjaźń. Czerwone policzki i jest mi ciepło. Godzina czterdziesta piąta bez łóżka. Musicie zobaczyć gwiazdy!

*

Przed północą. Minus pińcet stopni i gwarancja, że jeżeli nie widzieliście gwiazd na Salarze to nie widzieliście ich nigdzie. Po Drodze Mlecznej spacerowałam, Drogą Mleczną się upiłam bardziej niż cienkim winem.

*

Spanie w pozycji horyzontalnej z czapką na uszach, z czystymi stopami!

*

PeruBoliwia2013-402*

Wulkan. W wulkanie mumia, mumie, mumijki. Zabezpieczone jakąś kratą podrdzewiałą mumie przedinkaskich ludzi Salaru. Pochowane w sposób tradycyjny w pozycji embrionalnej. Chcesz poczuć się jak archeolog, zapraszamy do Uyuni, tu, na granicy Salaru, każdy ogródek posiada swoją grotę z mumią.

Nie smucą mnie, są rozczulające i na swój sposób piękne. I całkiem naprawdę wieczne.

*

Wulkan. Mirador.

Leziemy, oddychamy, mamy aklimatyzację, jesteśmy wyżej niż Mont Blank i nie mamy czasu zdobyć szczytu. Foch.

*

Kotlet z lamy przygotowany przez znikającą żonę Dino <3

*

PeruBoliwia2013-447*

Granica pustyni i niepustyni. Wymarła, opuszczone ulice, opuszczone kaplice, krzywe, pobielane dzwonnice, puste izby (rymy przypadkowe).

*

Oraz. Inkaskie mumie w ogródku przy domowym muzeum.

*

O! Pamiątki.

Pamiątki trzeba sobie samemu wydłubać z Salaru, nie szkodzi to nikomu, nie dewastuje przyrody, nie powoduje efektu cieplarnianego, ani wykorzystywania nieletnich małych chińskich rączek za pół dolara dziennie. Chcesz pamiątkę, to ją sobie wydłub. Tymi ręcami, ewentualnie kluczem do kół. G potrafi.

*

Łzy.

Nie jedziemy. Zostajemy. Nie wiedzieliśmy flamingów ani lagun.

*

Na koniec, bo to już tyle wspomnień. Jedziesz na Salar – miej przynajmniej 3 dni! Nie po to się jedzie na koniec świata, żeby pędzić. Trzeba się umieć zatrzymać i wiedzieć gdzie. Zatrzymać się należy na Salarze, mimo że zimno ;)

A na sam koniec końców.

Pytano mnie wielokrotnie, przed i po kolejnych wycieczkach turystycznych. Pytano, czy się nie boję. Nie do końca wiem czego właściwie miałabym się bać (poza ogólnym strachem przed nieznanym, który w sumie, jak i pozostałe strachy, jest trochę irracjonalny, a w każdym razie łatwy do pokonania). Przemierzając internety trafiłam na taki oto film tematyczny.

Kuba to wariat. My przemierzaliśmy Salar Toyotą 4×4, on na stopa i z namiotem :D

Prezentuję Państwu film z tego wydarzenia i polecam uwadze, osobiście turlam się ze śmiechu.

 

Kuba przemierzył samotnie, na stopa, Amerykę Południową. Wrócił szczęśliwy i napisał o tym wiele na blogu [KLIK]

 

9 marca 2012 roku, w wypadku w Gdyni, zginął Kuba Fedorowicz. Miał 24 lata. 

Nie, nie boję się.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s