Colca

 W Kanionie mieliśmy przygodę.
Taką, która do dziś ryje kaniony w moim sercu, którymi to kanionami spływają łzy tęsknoty. Ale od początku.

Z przepięknej, kolonialnej Arequipy wyruszyliśmy na podbój, ignorując zapewnienia, że bez przewodnika zgubimy się na bank (zapewnienia pracowników agencji, bo turyści zapewniali nas o czymś zupełnie przeciwnym ;). Zorganizowaliśmy sobie tani nocny transport do Cabanaconde, spakowaliśmy małe plecaczki, pomarzliśmy w tym transporcie, pooglądaliśmy majestatyczne kondory, a na miejscu przy okazji studiowania mapy, planowania ataku na dziurę w ziemi i nabywania prowiantu nawiązaliśmy kontakt wzrokowy z psem.

Jak łatwo człowiek zapomina, że w podróży każdy kontakt wzrokowy może mieć swoje, zwykle niespodziewanie miłe, konsekwencje!

Historia jest taka.

Ruszamy w drogę. W drogę rusza pies. Nie w swoją drogę, w naszą drogę, jak mój własny, pozostawiony w domu, Labrador, mniej biszkoptowy za to bardziej kudłaty. Dobra, myślimy. Mamy towarzystwo, które w dodatku zna teren.

Z każdym kilometrem temperatura rośnie. Pozbywam się kurtki, pozbywam się bluzy, wypijam ćwierć butelki wody, ćwierć wylewam na głowę. Mężczyzna żuje zielone liście. Pies siedzi na rozgrzanym piachu i dyszy jak potępieniec. Przekonuję go, że czas zawracać. Do dna Kanionu daleko, strumieni brak, ale albo nie rozumie, albo ignoruje moje przemowy, zawija kitą i pędzi na dół. Po kolejnych trawersach ustalamy strategię, będziemy podawać upartemu zwierzu wodę, bo nam tu zejdzie, w tym piekielnym upale. Próbujemy poić z ręki – pies ucieka w popłochu, próbujemy z miski wykonanej z przeciętej butelki – nawet na nas nie patrzy, próbujemy z zagłębienia w skale – wącha podejrzliwie, prośby nie działają, groźby odpadają  – udaje, że nie rozumie. Dobra, poddajemy się, dorosły jest, co się będziemy narzucać, najwyżej zniesie się jakoś czarne cielsko, jeżeli zajdzie taka potrzeba.

Na szlaku spotykamy Austriaka z lokalnym przewodnikiem, na widok czarnej kity obaj dostają ataku wesołości.
– Macie psa przewodnika!

Nasze lekko skonsternowane miny mówią im wszystko.

– Psy tu wychowane – tłumaczy Peruwiańczyk – same uczą się towarzyszyć turystom. Wybierają sobie człowieka z plecakiem i ruszają w drogę, z nadzieją, że człowiek z plecaka wyciągnie smakołyk i się nim podzieli. Takich przewodników jest niewiele i nie z każdym chcą iść, macie szczęście!

Mamy psa przewodnika!
A moje poczucie odpowiedzialności za diabła tasmańskiego, któremu nadaliśmy wiele znaczące imię – Pisco, poszybowało do kondorów. Na szczęście, od tego momentu, wody dookoła było aż nadto. Obiad spożywaliśmy w zaroślach nad strumieniem już jako rodzina. My mocząc stopy, on wylegując się w cieniu, łaskawie przyjmując fragmenty kanapek podróżnych.

A później było już tylko weselej. Dziarsko maszerowaliśmy we trójkę, pies wybierał nam trasy, przeganiał dzikie świnie wypadające znienacka na drogę i umykał przed jucznymi mułami, które na swoich grzbietach transportowały zaopatrzenie do górskich wiosek. U nielicznych grup turystycznych wywoływał kolejne wybuchy radości i sympatii, witając się grzecznie, a gdy powitania się przedłużały, doganiał nas skomplikowanymi trawersami, wywołując kamienne lawiny.

Od południa byłam już zakochana na śmierć i knułam plan przemytu bezpańskiego psa do Polski.
Pełne dwa dni trekingu po Kanionie Colca spędziliśmy we troje, jedliśmy we troje, spaliśmy we troje, uciekaliśmy przed lawiną kamieni, pokonywaliśmy potoki, eksplorowaliśmy inkaskie ruiny, wygłupialiśmy się we troje, urządzając gonitwy. My broniliśmy jego przed mułami, których strasznie nie lubił, on nas przed samotnymi Peruwiańczykami, którzy wydali mu się groźni dla stada.

Na jednym z postojów tłumaczyłam psu zagrożenia związane za spadającymi z góry kamieniami, wpatrując się w czarne oczy, byłam pewna, że za chwile przemówi i mi odpowie.

Zamykam oczy, widzę, jak radośnie podskakuje, popędzając nas do marszu. Jak krąży pomiędzy mną na przedzie a robiącym zdjęcia, zostającym w tyle G. Jak pilnuje naszego bagażu i czeka cierpliwie, gdy szukamy ujęć lub przemawiamy do obiektywu, nagrywając film.

Kanion – piękny, malowniczy, zachwycający, ale został totalnie i zupełnie zawłaszczony przez jedną czarną kitę.

Na koniec pies dostał w prezencje puszkę parówek (jedyne co w lokalnych sklepikach nadawało się jako tako na psią karmę), godzinę głaskania oraz czułych słów. Wsiedliśmy do autobusu, a on już witał się z jakimś sympatycznym blondynem z plecakiem. Da sobie radę.

PeruBoliwia2013-574 PeruBoliwia2013-589

PeruBoliwia2013-639PeruBoliwia2013-644 PeruBoliwia2013-643

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s