Peru – Boliwia / maj 2013

Peru – Boliwia 2013

Termin: 01.05.2013 r. – 23.05.2013 r.

Trasa: (Warszawa – Berlin – Eindhoven – Brugia) Paryż – Sao Paulo [Guarulhos] – Lima – Cusco – Copacabana – La Paz – Uyuni – La Paz – Puno – Arequipa – Cabanaconde – Arequipa – Ica – Pisco – Lima – Sao Paulo – Londyn (Warszawa)

Wizy (przy podróży poniżej 30 dni):

Brazylia (brak)

Peru (brak)

Boliwia (brak)

Waluty:

Brazylia – real brazylijski 1BRL = 1,5 zł

Peru – nowy sol 1PEN – 1,22 zł

Boliwia – boliwiano 1BOB – ok 0,5 zł

Zdrowie:

Szczepienia obowiązkowe – w przypadku podróży nie obejmującej terenów dżungli amazońskiej – brak (zalecane: WZWA, WZWB, Dur Brzuszny, Polio, Wścieklizna), w przypadku podróży obejmującej tereny dżungli amazońskiej – zalecane szczepienie przeciwko żółtej gorączce potwierdzone w Międzynarodowym Świadectwie Szczepień (tzw. żółta książeczka), w przypadku wjazdu na terytorium Peru po wcześniejszym pobycie w którymś z krajów, w których występuje żółta gorączka, warto mieć aktualne świadectwo szczepień przeciwko tej chorobie.

Ochrona antymalaryczna – preparat zawierający DEET 50% (do nabycia na allegro, polecamy Mugga Roll-on, bardzo wydajna) – rzecz niezbędna zwłaszcza w rejonach Machu Picchu i Kanionie Colca.

Kłopoty żołądkowe – jak wszędzie należy przestrzegać podstawowych zasad – nie pijemy wody niebutelkowanej, nie pijemy napojów z lodem, myjemy/dezynfekujemy ręce, jemy tam, gdzie jedzą mieszkańcy. Szczególną ostrożność zalecamy w rejonie Huacachina (oaza w pobliżu miasta Ica) ze względu na złą jakość wody i ryzyko zatrucia.

Choroba wysokościowa – objawy występują mniej więcej powyżej wysokości 3,500 m n.p.m. czyli np. w Cusco, w Puno, w La Paz – pojawia się ból głowy, nudności, kłopoty ze snem, brak apetytu, krótki oddech i zmęczenie przy najdrobniejszym wysiłku.

Przede wszystkim należy dużo pić, nie wolno natomiast pić alkoholu, można brać leki na ból głowy, pomaga także mate de coca (którą serdecznie polecamy!), w aptekach warto także zapytać o soroche (hiszp. – choroba wysokościowa) pills. W przypadku gdy objawy nie ustępują, należy zjechać niżej, odpocząć (wyspać się!) i spróbować ponownie. Należy pamiętać, że aklimatyzacja u każdego przebiega inaczej, a wystąpienie bądź nie choroby wysokościowej nie ma  ścisłego związku z kondycją fizyczną (co nie dotyczy schorzeń układu krążenia i oddechowego).

Pogoda:

Maj to początek zimy w Peru i w Boliwii co oznacza małą ilość opatów na terenach górskich. Słońce operuje wysoko i jest bardzo silne, stąd konieczność stosowania kremów z wysokim filtrem (my używaliśmy SPF50), noce natomiast są bardzo chłodne, w rejonach Salar de Uyuni temperatura spada poniżej zera! Z chwilą, gdy znika słońce, zimno robi się momentalnie, także warto zabrać zarówno ciepłą odzież, jak i lekkie, oddychające ubrania.

Bezpieczeństwo:

Na stronach polskiego MSZ znajdziemy ostrzeżenie, że zarówno w Peru, jak i w Boliwii zagrożenie przestępczością pospolitą (kradzieże, zwłaszcza kieszonkowe, rozboje) jest duże. Na szczęście nie mieliśmy okazji się o tym przekonać i przez ponad trzy tygodnie pobytu nie zdarzyła nam się żadna nieprzyjemna sytuacja (poza próbami drobnego oszukiwania przy wydawaniu reszty ;) Uważamy jednak, że należy zachować dużą czujność i zdrowy rozsądek, zwłaszcza na dworcach, targach i w miejscach często i tłumnie odwiedzanych przez turystów.

Dziennik podróży

Dzień 1 (02.05.2013 r.) – Sao Paulo – Lima

Bilet nabyliśmy drogą kupna w superpromocji za cenę niespełna 500 Euro (dwie osoby, w dwie strony, wylot z Paryża, powrót do Londynu, TAM Airlines).

O piątej rano lądujemy w Sao Paulo, ponieważ mamy przed sobą dwunastogodzinny stop-over, postanawiamy wyjść z lotniska i zwiedzić miasto. W informacji na lotnisku dowiadujemy się jednak, że ze względu na dużą odległość i korki przejazd do centrum i z powrotem zajmie nam przynajmniej sześć godzin w związku z czym wybieramy inną opcję i lokalnym autobusem odjeżdżającym spod terminala jedziemy do Guarulhos Shoping Center oddalonym o 1h jazdy od lotniska (4 BRL/os). Ponieważ centra handlowe mało nas interesują, wymieniamy jedynie pieniądze (po znacznie, podkreślam ZNACZNIE lepszym kursie niż na lotnisku, w dodatku bez opłaty manipulacyjnej) i idziemy zwiedzać okolice. Dzielnica jest przemysłowa i nie ma w niej szczególnie wiele do zwiedzania, ale można poczuć klimat podmiejskiej i zupełnie nieturystycznej Brazylii. Plączemy się po okolicy ponad trzy godziny, wstępując do lokali, a to na obiad, a to na piwo i dopiero w momencie, gdy jeden z właścicieli tych przybytków, zwraca nam uwagę, żebyśmy jednak rozważyli schowanie aparatu, zwijamy się najpierw do centrum na małe zakupy owocowe, a potem na lotnisko. Dzień mija szybko. Do Limy odlatujemy ok 16.00

Lądujemy po 6h, ok godz. 22.00, zamówiona jeszcze w Polsce taksówka z lotniska już czeka (45PEN – przepłacamy, ale ponieważ jest późno i jesteśmy zmęczeni, nie dyskutujemy). Po czterdziestu minutach jesteśmy w hotelu. Zatrzymujemy się w hotelu Espana (KLIK), położonym w centrum starej Limy (60PEN za dwuosobowy pokój z łazienką) – polecamy ze względu na ciepłą wodę w kranie, bardzo oryginalny wystrój wnętrz i pawie na dachu ;) [uwaga techniczna – przy uiszczaniu opłaty za pokój warto wziąć rachunek, gdyż obsługa nie zawsze pamięta (sic!) kto płacił, a kto nie].

Dzień 2 (03.05.2013 r.)  – Lima

Pieniądze warto wymienić w hotelu – kurs jest dobry, a dla tych którzy nie mają czasu błąkać się po mieście w poszukiwaniu terminali autobusowych, polecamy także zakup biletu autobusowego lub ewentualnych wycieczek – ceny nie są przesadnie wysokie, a obsługa hotelu pomocna.

Tu kupujemy bilet na następny dzień do Cusko (Cruz Del Sur – 185PEN za 22h jazdy w luksusowych warunkach ;) oraz na MP (66$ za osobę MP + Mountaina MP, czyli tzw. stary szczyt).

Rozpoczynamy leniwie. Śniadanie w lokalnej knajpce, jakich miliony dookoła (6PEN za zupę, pieczywo i kawę), niespieszne zwiedzanie:

  • Plaza de Armas
  • Muzeum Inkwizycji (wstęp free, ale niespecjalnie ciekawe)
  • Klasztor franciszkanów (Museo San Francisko) – 7PEN – ciekawe
  • Bazylika na Plaza de Armas (Basilica Caredral de Lima) – 10PEN – ciekawa

Dużo czasu spędzamy na Plaza de Armas robiąc zdjęcia, a wieczorem w jednej z restauracji przy placu próbujemy pierwszego w życiu seviche (pycha!).

Dzień 3 (04.05.2013 r.)-  Lima – Cusco

O godz. 12.00 pod hotelem czeka na nas taksówka na dworzec (15 PEN), skąd słynnym i wypaśnym Cruz del Sur ruszamy do Cusco. Warunki w autobusie jak w klasie biznes w samolocie, dlatego na tak długie podróże polecamy Cruz del Sur, mimo nieco wyższych od konkurencji cen. Żaden z testowanych przez nas przewoźników nie gwarantuje takiej wygody ;)

Dzień 4 (05.05.2013 r.) – Cusco

Do Cusco docieramy ok 14.00. Taksówka zawozi nas za 5PEN na Santo Domingo, gdzie znajduje się polecany w przewodniku hotel, niestety jest pełny, zatrzymujemy się zatem w pobliskim Imperail Hostel (55PEN za dwójkę bez łazienki,  KLIK). Hostel jest czysty i co nie jest standardem w Cusco – jest w nim ciepła woda.

Zaczynam czuć nieprzyjemne skutki wysokości. Idziemy do apteki nabyć soroche pills (14PEN za listek) – które zażywam wraz z ibupromem, a po dwóch godzinach znów jestem wśród żywych. W Agencji Peru Golden Treks&Expeditions (przy Sol Avenue 106, zaraz na rogu przy Plaza de Armas, pracownik agencji świetnie mówi po ang.), wykupujemy transport i hotel w Aquas Calientes (bus – 90PEN w obie strony, dwa noclegi w Aquas Calientes za 50PEN -dwójka z łazienką/noc). Z rozpędu, w sąsiedniej agencji (Qory Llacta, przy Plaza de Armas) kupujemy także bilet autobusowy do La Paz (80soli/cama) na 09.05.2013 r.

Snujemy się po mieście, chłonąc jego atmosferę, a wieczorem serwujemy sobie potrawę z mięsa alpaki (jedno danie + 2x pisco sour – 30PEN). Po posiłku, pełni werwy znajdujemy mały turystyczny targ w centrum miasta, gdzie kupujemy kilka sztuk odzieży z wełny [później mamy bardzo żałować, że nie zrobiliśmy większych zakupów, gdyż najtaniej i największy wybór jest właśnie w Cusco!].

Dzień 5 (06.05.2013 r.) – Cusco – Aquas Calientes

Bus miał być o 7.00. Był o 7.45. Z Cusco wyjechaliśmy o 8.45. [czas w Peru nie jest równy czasowi peruwiańskiemu ;)] upchani jak sardynki w trzeszczącym busie. Nasz kierowca nie mówi nawet słowa po angielsku, co nie przeszkadza mu opowiadać o okolicy, gestykulując przy tym żywiołowo, mimo że 80% drogi to serpentyny nad przerażającymi przepaściami. Jedziemy tak 6h, z przystankami na posiłki, siku i robienie zdjęć w miejscach strategicznych.

W Hidroelectrice jesteśmy ok godz. 16.00. Troszkę z nonszalancją podeszliśmy do tematu drogi Hidroelektrcka – Aquas Caleinetas i w związku z tym zabraliśmy ze sobą wszystkie nasze toboły, ignorując 13 kilometrowy odcinek dzielący te dwa punkty. Drogę tę pokonuje się w ok 2h, ciężki plecak opóźnia marsz tak, że część drogi przyszło nam przebyć w kompletnych ciemnościach. Na szczęście mieliśmy czołówki. Polecamy jednak zostawić w hotelu w Cusco większość rzeczy i przebyć tę drogę „na lekko”.

W AC nocujemy w hostelu Ollanda (50PEN/doba – dwójka z prysznicem) – polecamy, ze względu na dostęp do ciepłej wody, choć do północy jest głośno (zatyczki do uszu rzecz niezbędna). Zostawiamy pranie (16soli/kg!!!  – nie róbcie tego!), idziemy na kolację i uciekamy spać, gdyż o 4.00 trzeba wstać.

Dzień 6 (07.05.2013 r.) – Machu Picchu

Pobudka o 4.00, w ciemnościach wymykamy się z hotelu i podążamy za innymi udającymi się na MP. Najpierw kontrola biletów, a następnie 2h walki ze schodami. Niestety w połowie drogi zaczęły nas wyprzedzać autobusy wożące turystów ze stacji w AC. Chwila w kolejce i wchodzimy, podziwiamy widok wyłaniających się z mgły murów i decydujemy, że czas wracać do okienek, aby poszukać przewodnika (tu drobna uwaga organizacyjna – jeżeli są państwo zainteresowani jak najlepszym widokiem, należy za wejściem na teren kompleksu skręcić w lewo i wspinać się na górę na mirador. Wejście jest ukryte w pobliżu zarośli, ale wiele osób tam wchodzi, więc nie da się nie znaleźć drogi]. Przewodnik inkasuje 120 PEN za grupę (i nie interesuje go, jak bardzo liczna jest to grupa), prosimy zatem aby znalazł jeszcze jedną parę, a sami udajemy się znowu w ruiny, aby w oczekiwaniu na Willego podziwiać spektakl ustępującej mgły. Czekamy ok 45 min, w końcu zjawia się z parą Amerykanek. Wędrujemy po ruinach, słuchamy opowieści. Wycieczka kończy się po dwóch godzinach. Zostawiamy Amerykanki, a sami pędzimy na Stary szczyt – wejście zamykane jest o godz. 11.00 (na dole trzeba być najpóźniej o 14.00). Przy wejściu na szlak ponownie sprawdzane są nasze bilety, wpisujemy się także do książki ewidencjonującej wejścia i zejścia z góry. Przed nami kolejne 2k schodów. Wspinamy się sprawnie, a widoki zapierają dech w piersiach. Po dwóch godz. jesteśmy na szczycie, robimy pamiątkowe zdjęcia i zbiegamy na dół – cała operacja trwa ok 3h i bez wątpienia była warta pieniędzy i wysiłku. Kolejne dwie godziny spędzamy spacerując po ruinach. O 15.00 zaczynamy zejście na dół. Przed 17.00 docieramy do hotelu. Na dworcu AC kupujemy bilety na jutrzejszy pociąg do Hidroelectrici (15$/os) – nie mamy siły na kolejny 13km spacer.

Dzień 7 (08.05.2013 r.) – Aquas Calientes – Cusco

Ponieważ pociąg mamy o 12.30, wstajemy na późne śniadanie, a potem cały ranek spędzamy wygrzewając się w porannym słońcu i obserwując życie codzienne, z poziomu ławki na rynku ;)

O 12.00 stawiamy się stacji kolejowej. Pociąg jedzie baaaardzo powooooli, robi przystanki w środku lasu i generalnie nigdzie się nie spieszy, trzynaście kilometrów pokonuje w zawrotnym czasie 1,5h. Przed 14.00 jesteśmy w Hidroelectrice. Bus miał być o 14.00, był o 15.00 – standard ;) Po dwóch godzinach jazdy okazuje się, że droga przez góry jest zamknięta ze względu na roboty drogowe i musimy czekać godzinę, aż zostanie ponownie otwarta dla ruchu. Od momentu, gdy ponownie ruszamy (a jest godz. 18.00 i zapada zmierzch) moja pamięć się kończy, gdyż wyparłam z podświadomości to, co kierowca robił na drodze nad przepaścią. Skoro jednak piszę te słowa, oznacza to, że nie okazał się samobójcą i ostatecznie dowiózł nas całych i zdrowych do Cusco. Ponieważ nie mieliśmy żadnego noclegu, zatrzymaliśmy się w hosteliku, w którym mieszka (od miesiąca) zaprzyjaźniona Izraelka (Inn Hostel – 40 PEN/dwójka bez prysznica, w dodatku prysznic na zewnątrz, a temperatury w Cusco nocą niebezpiecznie zbliżające się do zera, co skutecznie zniechęciło nas do korzystania w przybytku w środku nocy ;)

Dzień 8 (09.05.2013 r.) – Cusco – La Paz

Cały dzień mieliśmy spędzić na zwiedzaniu Cusco. Plan ten wyszedł nam średnio, gdyż ze względu na problemy ze sprzętem w kawiarenkach internetowych i hinduską knajpkę, w której za 15PEN można jeść i pić do woli, znacznie skurczył nam się czas ;) Ostatecznie udało nam się poszwendać w okolicach na Plaza de Armas i zobaczyć Świątynie Słońca (wstęp 10 PEN + przewodnik 25PEN – do przewodnika trzeba mieć szczęście, którego nam zabrakło – nie dość, że Pani słabo mówiła po ang. to dodatkowo, ze wszelkimi pytaniami, odsyłała nas do National Geographic). Wieczorny autobus do LaPaz.

Dzień 9 (10.05.2013 r.) – LaPaz

Dzień zaczynamy od przesiadki na dworcu w Puno (po 8h jazdy). Jest godz. 7.00, na zewnątrz 16 stopni, a z dworca widać jezioro Titicaca. Godzinny stop-over i przesiadka do innego autobusu (na tym samym bilecie). Po dwóch godzinach docieramy do granicy z Boliwią. Wysiadamy z autobusu (który przekracza granicę bez nas)my natomiast udajemy się najpierw po stempelek policji, potem do właściwej odprawy (za brak katy wjazdowej do Peru, która gdzieś nam się zagubiła, płacimy karę 20PEN, także radzę świstków granicznych pilnować!). Na piechotę przechodzimy do granicy z Boliwią, tam krótka formalność, stempelek i pozwolenie na pobyt do 30 dni. Wymieniamy pieniądze (kurs ok). Autobus czeka.

Po godzinie zatrzymujemy się w Copacabanie, gdzie następuje kolejna zmiana autobusu (ciągle na tym samym bilecie). Godzinną przerwę wykorzystujemy na śniadanie przy plażo-porcie (66 BOB za wielkiego hamburgera, empanadas, sok i cervezę).

Droga z Copacabany do La Paz obfituje w zapierające dech widoki, oferuje także przeprawę promową (2BOB/osoba) – gdzie pasażerowie płyną osobno, a autobus osobno.

Przedmieścia LaPaz oglądamy z nosami przylepionymi do szyby, tyle ciekawych rzeczy się dzieje. O 18.00 zakotwiczamy na dworcu w LaPaz. Z poznanymi podczas drogi Polakami postanawiamy od razu, tego samego dnia, pędzić do Uyuni. W ciągu dwóch godzin udaje nam się dotrzeć taksówką na Plac św. Franciszka (10BOB), odwiedzić agencję turystyczną (zaproponowana kwota wycieczki na Salar zwala nas z nóg, więc czym prędzej uciekamy zakładając, że jakoś to będzie;), wrócić na dworzec, kupić bilety na nocny do Uyuni (semi-cama 90BOB/os), niektórzy wziąć prysznic w dworcowej umywalni (10BOB za 10 min ciepłej wody;), zrobić zakupy na kolację w postaci czipsów, ciastek i coli ;) i zdążyć na autobus o 20.00. W autobusie rozdano kocyki.

Dzień 10 (11.05.2013 r.) Uyuni – Salar de Uyuni

Podróż do Uyuni była… cóż… ciężka. W autobusie – lodówka. W połowie drogi skończył się asfalt, a właz na dachu wpadł w głośny [sic!] rezonans. Po 32h w różnych autobusach mieliśmy bardzo szczerze dosyć. Plusem dodatnim podróży okazał się uprzejmy pan Juan Carlos, który skomunikował się z mówiącą po hiszpańsku Kasią i zaproponował swoje usługi w organizacji wycieczki na Salar. Za dwa dni wożenia nas po pustyni, z trzema posiłkami, i profesjonalnym przewodnictwem zażądał od nas 380BOB/os. Przystaliśmy chętnie na propozycję i tym sposobem mieliśmy załatwioną wycieczkę (do dodatkowych kosztów wycieczki należy doliczyć nocleg – 30BOB za pokój bez łazienki + 10 BOB za prysznic, wstęp na Isla Incahuasi  30BOB i koszt jednej kolacji we własnym zakresie.

Po lądowaniu w Uyuni o godz. 6.00 rano udajemy się na poszukiwania prysznica (znaleźliśmy w jednym z hoteli – 10BOB/10 min. ciepłej wody + dodatkowa opłata za użycie suszarki do włosów;), śniadania. Po drodze kupujemy także bilet powrotny do La Paz (100BOB/os). O 9.30 stawiamy się w agencji, dogadujemy szczegóły planu wyprawy, płacimy i pakujemy się do przestronnej Toyoty 4×4. Po drodze zahaczamy jeszcze o lokalny targ, aby zrobić zakupy na kolację oraz aby wymienić pieniądze. O 10.30 ruszamy na Salar. Tego dnia udaje nam się zobaczyć:

–         cmentarz pociągów

–         kopalnię soli

–         zjeść obiad na pustkowiu

–         Isla Incahuasi (niesamowite tysiącletnie kaktusy)

–         zrobić zdjęcia zachodowi słońca

–         zakwaterować się w hotelu u stóp wulkanu Thunupa i wraz z kierowcą i jego kuzynem – właścicielem hotelu, spędzić miło wieczór przy cervezie

–         pooglądać nocne niebo na pustyni (WOW!)

Dzień 11 (12.05.2013 r.) – Salar de Uyuni – Uyuni

Wstajemy na wschód słońca, odmrażamy paluszki, ale widoki są piękne. Następnie szybkie śniadanie i ruszamy na wycieczkę po wulkanie, u stóp którego nocowaliśmy. Zostajemy wwiezieni do ½ wysokości, a stamtąd ruszamy oglądać 1200letnie mumie (wstęp 16BOB/os), o których opowiada odźwierny do spółki z naszym kierowcą.

Następnie już sami ruszamy na górę, aby dotrzeć na mirador (punkt widokowy na wulkan i salar). Widoki są zachwycające do tego stopnia, że postanawiamy powspinać się „na dziko” w kierunku wierzchołka wulkanu. Ponieważ czas płynie nieubłaganie, a nie mamy do dyspozycji wygodnej ścieżki, rezygnujemy a ataku szczytowego ;) Wracamy na dół. Kierowca zabiera nas na obiad (przygotowane w domowych warunkach kolety z lamy robią furorę wśród wycieczki;), pakujemy graty i opuszczamy miły hotelik na skraju pustyni. Odwiedzamy muzeum staroci prowadzone przez wuja naszego kierowcy – muzeum ciekawe pod względem etnograficznym (15BOB/os), zwiedzamy także prawie bezludną osadę i zamknięty na głucho kościółek. Ok. 13.30 ponownie ruszamy na Salar. Szukamy kryształów soli, grzebiąc w słonej wodzie, robimy zdjęcia i wracamy powoli na skraj pustyni. Po drodze oglądamy jeszcze „oczy” i już zbliżamy się do Uyuni. O 5.30 żegnamy się z naszym kierowcą i udajemy się w poszukiwaniu kolacji, autobus do LaPaz mamy o 19.00. Przezornie zabieram śpiwór ;)

Przy okazji bardzo, bardzo, BARDZO polecamy usługi Huana Carlosa i jego Agencia de Uiajes (www.yuraccochauyuni.com, tel. (591) 78716305; (591) 71836901, e-mail: yuraccocha@gmail.com)

Cena za wycieczkę okazała się przyzwoita, a nasz kierowca i przewodnik w jednej osobie – niezastąpiony. Poza tym, że jako nauczyciel historii opowiadał nam bardzo wiele nie tylko o Salarze, ale także o samej Boliwii, to także opiekował się nami jak ojciec – dbał o to żebyśmy zobaczyli najwięcej jak się da i to, co najciekawsze, karmił batonikami, czipsami i poił winem, a także robił naprawdę niezłe zdjęcia. Byliśmy zachwyceni takim podejściem. Nawet przez chwile nie czuliśmy się jak dojeni z kasy gringos, bardziej jak przyjaciele, którym pokazuje się to, co najpiękniejsze w rodzinnych stronach. POLECAMY!

Dzień 12 (13.05.2013 r.) – Uyuni – LaPaz – Puno

Noc w autobusie upłynęła. I na tym zakończmy ;)

Do La Paz dotarliśmy o 6.30, na dworcu otrzymaliśmy mapkę miasta z zaznaczonymi miejscami wartymi obejrzenia, nabyliśmy bilet do Puno (my – 70BOB/os) i Cusco (Kasia i Jacek – 130 BOB/os) na godz. 14.00 i ruszyliśmy na poszukiwania miejsca, gdzie moglibyśmy skorzystać z prysznica. W pobliżu dworca znajdujemy hostel, w którym za 75BOB pozwolono nam wynająć pokój na 5h. Możemy zatem spokojnie wziąć prysznic i zostawić graty. Ruszamy na miasto. Najpierw Plaza de San Franciscko – zwiedzamy bazylikę (free), robimy małe zakupy pamiątkowe, a następnie taksówką jedziemy na jedne z wielu Mirador (za 40BOB taksówkarz zawozi nas na punkt widokowy, czeka i zabiera z powrotem do hotelu). Cała operacja wydaje się krótka, ale rzeczywiście trwa ponad półtorej godziny (korki). Mamy jeszcze czas, więc w lokalnej knajpce pochłaniamy po trzy przepyszne empanadas (2,5-3 BOB sztuka). Zabieramy plecaki z hotelu, oddajemy klucze i ruszamy na dworzec, a o 14.00 ładujemy się do autobusu. Droga powrotna podobna do tej w przeciwną stronę, historia z przeprawą promową, Copacabaną i granicą powtarza się (tym razem mamy karty wjazdowe!;).

W Puno jesteśmy o 21.00. Za 5 soli jedziemy taksówką z dworca do poleconego przez Kasię i Jacka hotelu Tumi Inn (jednak zamiast trafić do polecanego, zakotwiczyliśmy w sąsiednim Tumi Inn2 ;) – 50 soli/dwójka z prysznicem (jest ciepła woda! KLIK, Tumi Inn II jest zaraz obok ;), kupujemy wycieczkę na dzień następny nad jezioro Titicaca (opcja całodzienna – wyspy Uros i Taquile – 35PEN/os) i pędzimy do kawiarenki internetowej przegrać zdjęcia na dysk (1h-1PEN) oraz zjeść kolację.

Dzień 13 (14.05.2013 r.) – Puno

Mieliśmy być gotowi na godz. 7.00. Bus przyjeżdża o 6.45, także pędzimy z mokrym i rozwianym włosem. Na przystani przesiadamy się do łodzi, która wiezie nas najpierw na wyspy Uros (piękna, kolorowa komercha ;), a potem na wyspę Taquile (rejs trwa 2h). Ta jest o wiele mniej komercyjna, choć tu, dla odmiany, lokalnym za zdjęcie trzeba płacić 1PEN (dlatego też nie mam zdjęć panów w czapkach). Wdrapujemy się na górę, podziwiając piękne widoki, spędzamy chwilę na ryneczku, grzejąc się w słońcu, a następnie całą grupą ruszamy do restauracji na obiad. Przystawka, lokalna zupa i smażona rybka + mate de coca – 25PEN (WARTO!).

Niespiesznie schodzimy na dół i odpływamy w stronę Puno (2,5 h). (ogólnie wycieczkę polecamy choć trzeba być nastawionym na opcję „folklor dla turysty” oraz dużo pływania łódką ;).

Po powrocie do Puno jedziemy na dworzec kupić bilet na dzień jutrzejszy do Arequipy (37soli/os – cama, przewoźnik „Julsa”). Wieczorem w hotelu ciepłej wody brak.

Dzień 14 (15.05.2013 r.) – Arequipa

O 7.00 odbieramy w recepcji bilet autobusowy, łapiemy taksówkę i za 4PEN każemy się wieźć na dworzec, o 8.15 ruszamy do Arequipy.

W Arequipie za 6PEN bierzemy taksówkę do centrum (proszę zapamiętać, że taksówek nie łapiemy na dworcach, tylko za jego bramą – tam ceny spadają nawet o 50%;) i szukamy noclegu. Tym razem zdajemy się na przewodnik i za drugim razem trafiamy w dziesiątkę. Hostel Home Sweet Home okazał się najlepszym noclegiem na całej wyprawie – brak problemów z ciepłą wodą, czysto, ładnie, śniadanie na tarasie w cenie, bezpieczna przechowalnia bagażu oraz przemiła i doskonale mówiąca po ang, obsługa. Polecamy absolutnie (55PEN/dwójka z łazienką i śniadaniem! KLIK)

W jednej z wielu agencji przy Plaza de Armas kupujemy transport do kanionu Colca (35PEN za osobę w jedną stronę – Arequipa-Cabanaconde).

Dzień 15 (16.05.2013 r.) – Kanion Colca

O 4.00 rano pakujemy się do busa. O 7.00 zatrzymujemy się w Chivay na śniadanie (5PEN), a następnie jedziemy na mirador Cruz del Condor. Niestety, z powodu dość późnej już pory i silnego wiatru kondory latają wysoko. Jest zimno. Po drodze zatrzymujemy się także, aby  nabyć bilety do kanionu (70PEN/os – bilety są sprawdzane na trasie). Pół godziny później jesteśmy pod Cabanaconde, gdzie wysiada część wycieczki, w tym, niestety my. Jak się okazuje, jeżeli chcemy iść inną drogą niż wycieczki, powinniśmy ruszyć z miasteczka, zatem łapiemy przypadkowego busa, który dowozi nas 3km do Cabanaconde. Tam robimy małe zakupy, zaprzyjaźniamy się z psem i razem, we trójkę, schodzimy do kanionu.

Po 3,5h nieustannego schodzenia docieramy do Oazy. Ponieważ mamy jeszcze mnóstwo czasu, wbrew zaleceniom wypytywanych wcześniej przewodników grup, postanawiamy iść dalej i zobaczyć co będzie;)

Po 2h ciężkiego podejścia docieramy do wioski Malata, gdzie robimy mały popas, a następnie ruszamy do kolejnej miejscowości Cosnirhua (1,5 h spokojnego marszu). Ponieważ zaczyna ostro lać, zatrzymujemy się na mate de coca w małej kawiarence na świeżym powietrzu. Ze względu na psująca się pogodę i ostrzeżenia spotkanego na trasie przewodnika, rezygnujemy ze wspinania się do Tapay i niespiesznie schodzimy do San Juan de Chucchu. Tam przy drodze w stronę Cabanaconde znajdujemy nocleg w „Hostelu” Grace. Za nocleg i kolację (zupa, drugie danie i mate de coca – wszystko PYCHA!;) dla dwóch osób płacimy łącznie 40 PEN. Warunki noclegowe są bardzo skromne, ale wystarcza nam to w zupełności.

Colka1

Dzień 16 (17.05.2013 r.) Kanion Colca – Arequipa

Wstajemy o 6.00 i wraz z naszym czworonożnym, górskim przewodnikiem ruszamy w drogę. 4h spokojnego choć męczącego podejścia, pełnego wspaniałych widoków i jesteśmy ponownie poza kanionem, stąd mamy 3 km do Cabanaconde, gdzie kupujemy bilet na autobus do Arequipy (17PEN/os). Do Arequipy ruszamy o 11.30. Podróż trwa 5,5h. Na dworcu w Arequipie kupujemy bilety na jutro do Icki (firma Transzela – 60PEN/os, cama) z dworca ponownie jedziemy do hotelu Home Sweet Home, gdzie są nasze bagaże i gdzie planujemy nocować  (pranie – 4PEN/kg). Wieczór spędzamy na włóczeniu się po mieście i kolacji w lokalnej pollerii (polecamy, za 9PEN ćwierć kurczaka, fura frytek i surówka)

Dzień 17 (18.05.2013 r.) – Arequipa

Arequipa jest miastem „wiecznej wiosny”, gdzie deszcz pada jedynie przez 60 dni w roku, więc gdy lądujemy i mamy cały dzień na zwiedzanie – oczywiście pada. Śniadanie na tarasie w hotelu, obfite i miłe. Do 10.00 udaje nam się spakować graty i zwolnić pokój. Plecaki zostawiamy w przechowalni, a sami pędzimy na miasto. Najpierw tradycyjnie komputer, internet i zdjęcia (1PEN/h), a następnie udajemy się do największej katedry. Wstęp 5PEN/os + 10PEN za obligatoryjną opiekę przewodnika. Katedra pięknie odnowiona, organy robią wrażenie, a widok z dachu naprawdę przyjemny, ale spokojnie można przeżyć bez odwiedzin, moim zdaniem, większe wrażenie katedra robi z zewnątrz.

Idziemy na lokalny targ próbować jedzenia, a następnie do klasztoru św. Katarzyny. Wstęp 35PEN i choć cena wydaje się wysoka to z pewnością warto! Po klasztorze błąkaliśmy się prawie trzy godziny i wcale nam się nie nudzi. Klasztor to miasto w mieście, z uliczkami i małymi mieszkankami sióstr, wypalone piece do dziś pachną, a meble i przedmioty wyglądają na niedawno opuszczone (i takie w rzeczy samej są). Jesteśmy zachwyceni.

O 17.00 wracamy do hotelu, odbieramy pranie, plecaki i łapiemy taksówkę na dworzec (4PEN), o 18.30 ruszamy do Icki.

Dzień 18 (19.05.2013 r.) – Ica

Na miejscu jesteśmy ok 6.30, autobus wyrzuca nas przy drodze panamerykańskiej, skąd taksówką za 5PEN (przepłaciliśmy!) każemy się wieźć na Plaza de Armas. Kierowca nieco zdziwiony, że chcemy do miasta, a nie od razu do oazy niechętnie wyrzuca nas przy placu, cały czas przekonując, że przecież nic tu nie ma.

Rzeczywiście, wiele nie ma, ale budzące się ze snu miasteczka są urocze. Robimy zdjęcia i szukamy śniadania. Trafiamy do małej restauracyjki prowadzonej przez Chińczyków, gdzie na śniadanie podawana jest kawa o smaku zbożowej w dużym kubku (przepyszna!) i kanapki z warzywami i zimnym mięsem (cudo) – za dwie wielki kawy i pięć kanapek płacimy 18 PEN, następnie znudzeni nicnierobieniem łapiemy taksówkę do Huacachiny.  Ja ląduje nad niewielką i niespecjalnie imponująca laguną, a G. szuka noclegu. Znajduje Sunset Hotel (chcą od nas 50 soli za dwójkę z łazienką, ale ponieważ nie ma chwilowo ani wody, ani prądu udaje nam się cenę zbić do 40 PEN). Całą resztę dnia spędzamy wygrzewając zmarznięte kości na wielkich wydmach, albo jedząc pyszne jedzenie w knajpie przy lagunie (Desert Night – polecamy ze względu na wielkie porcje i przemiłą obsługę).

Na 16.00 wykupujemy sobie w hotelu przejażdżkę buggiesami po wydmach wraz z sandboardingiem i zachodem słońca (35PEn/os). Polecamy! Zwłaszcza zachód słońca. Nie polecamy natomiast zabierania delikatnego sprzętu elektronicznego (zwłaszcza lustrzanek), gdyż piasek jest niewiarygodnie drobny i wnika absolutnie wszędzie.

Wieczór to korzystanie z bogatej oferty happy hours okolicznych lokali ;)

Dzień 19 (20.05.2013 r.) – Ica

Celebrujemy śniadanie, a o 11.00 ruszamy na wykupioną w hotelu wycieczkę do lokalnych winnic (30PEN/os). Odwiedzamy dwie winnice – z czego jedna przeraża kolekcją staroci i wypchanych zwierząt, druga natomiast jest profesjonalna i czyściutka, a przewodnik mówił po angielsku. Wracamy nie tylko na rauszu, ale także z pięcioma butelkami wina i pisco.

W drodze powrotnej kierowca zostawia nas w miasteczku, gdzie powtarza się sytuacja z komputerami i zdjęciami, a także szukaniem obiadu, zmęczeni wracamy do oazy. G. wypożycza deskę (profesjonalna i z butami – ???PEN/h), aby zjechać z najwyższej wydmy podczas zachodu słońca.

Wieczór spędzamy podobnie jak dnia poprzedniego ;)

Dzień 20 (21.05.2013 r.) – Ica

Zatruta nie wiadomo czym, cały dzień umieram w łóżku, nie mogąc ruszyć ręką, a G. zwiedza oazę i relaksuje się, zjeżdżając z wydm.

Dzień 21 (22.05.2013 r.) – Paracas

Po tym jak doszłam do siebie, o 6 rano zdecydowaliśmy w trybie natychmiastowym zorganizować wyjazd na wyspy Ballestas. Sztuka ta, o dziwo, udaje nam się w niecałe 15 minut (65PEN/os). Ponieważ była to spontaniczna i szybka akcja uwzględniająca pakowanie i wymeldowywanie z hotelu, nie mieliśmy czasu na negocjację ceny (dla nas podróż by ła tylko w jedną stronę)

70 km odcinek drogi pomiędzy Ica a Paracas pokonujemy w niecałą godzinę, na miejscu płacimy dodatkowo 7PEN za wstęp do parku narodowego i 2PEN nie bardzo wiadomo za co (ale prawdopodobnie za korzystanie z przystani) i nową, wygodną łodzią ruszamy na wyspy.

Przyroda robi wrażenie, a wycieczka, mimo że krótka (trwa od 1,5 do 2 h), jest z pewnością warta przeżycia. Zwłaszcza oglądanie pelikanów i słoni morskich to wielka przyjemność.

Po powrocie do portu odbieramy plecaki z busa i idziemy szukać autobusu do Limy. Pokierowani przez lokalnych sprzedawców atrakcji turystycznych, trafiamy na niepozorny, zamaskowany i bambusowy przystanek autobusowy wspomnianej na początku wycieczki firmy Cruz del Sur. Taka piękna klamra nam wyszła, toteż nie myśląc wiele (i omijając Pisco łukiem) decydujemy na zakup dwóch biletów do Limy (35PEN).

Autobus mamy o 14.00, a do tego czasu plączemy się po Paracas, w którym nie ma nic poza portem. Jemy rybkę i bujamy się w hamakach na przystanku autobusowym. Punktualnie ruszamy do Limy.

Na miejscu jesteśmy o 19.00 i taksówką każemy się wieźć ponownie do hotelu Espania (taxi 15 PEN). Pędzimy na miasto, na ostatnie zakupy i ostatnie pisco sour. Żegnamy się z Limą.  W hotelu zamawiamy taksówkę na 5.00 rano (12PEN) na lotnisko.

Dzień 22 (23.05.2013 r.) – Lima

O 8.20 nasz samolot linii LAN z Limy do Sao Paulo opuszcza Port lotniczy Lima-Jorge Chávez,  tym samym niechętnie żegnamy się z peruwiańską ziemią (ale zanim dotrzemy do domu miną jeszcze trzy dni pełne przygód ;)

Uwagi szczególne:

1. Przede wszystkim, łatwo zauważyć, że bohaterowie opisanej przygody stale się gdzieś przemieszczają i pół wycieczki spędzają w środkach transportu.

Proszę pamiętać, że Peru to ogromy kraj. Dystanse tu są naprawdę gigantyczne, co więcej, zawsze należy brać pod uwagę nie dystans w kilometrach, a czas, w jakim dany środek lokomocji pokonuje tę odległość. Czasami na pokonanie 100km trzeba poświęcić 6 lub nawet 8 godzin.

2. Wszędzie na dworcach przed odjazdem należy w specjalnym okienku uiścić opłatę za korzystanie z dworca, są to grosze (2BOB w Boliwii, 1, 1.5, lub 2 PEN w Peru), ale trzeba o tym pamiętać!

3. Nasza wycieczka nie miała organizacji. To znaczy miała, ale na bieżąco, toteż nie ustrzegliśmy się wpadek ;)

Gdybym miała coś zmienić w powyższym planie, z pewnością zostałabym dodatkowy dzień, albo nawet dwa w Cusco, ewentualnie jeden dzień w Cusco, a jeden na Salarze, oczywiście kosztem dni spędzonych w Ice. Nam koniecznie potrzebny był odpoczynek po szalonej gonitwie, do którego także niejako zostaliśmy zmuszeni moją jednodniową niedyspozycją, jednak gdy się organizuje plan i rozłoży trochę siły można to zrobić nieco mądrzej.

Gdy ma się do dyspozycji trzy tygodnie na tak ogromny i ciekawy kraj/kraje trzeba rozsądnie gospodarować czasem i to jest plus skrupulatnego planowania.

Plusem nieplanowania jest ogromna wolność, zamknięta jedynie w ramy biletu lotniczego, dla nas osobiście bezcenna. Radość z kombinowania, wyciskania siebie i czasu jak cytrynę jest równie bezcenna co odwiedzone miejsca i spotkani ludzie, kolejna wielka przyjemność płynąca z podróżowania ;)

Znajdźcie swój sposób na podróżowanie, ale pamiętajcie, że cokolwiek by się nie działo ma to być dla was przyjemność, a nie stres, że czegoś się nie zrobiło, gdzieś się nie zdążyło (o ile nie jest to samolot powrotny do domu ;)

Udanych i bezpiecznych podróży.

O!G

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s