Tajlandia – Kambodża / listopad 2012

Tajlandia – Kambodża

Termin: 30.10.2012 r. – 21.11.2012 r.

Trasa: Warszawa – Kraków – Berlin – Abu Dhabi – Bangkok – Siem Reap – Phnom Penh – Sihanoukville – Koh Rong – Sihanoukville – Bangkok – Abu Dhabi – Berlin – Kraków – Warszawa

Wizy:

Tajlandia – brak; Kambodża – KLIK – 25$

Waluta:

Tajlandia – bat – 10 THB = 1 zł (wszędzie i za wszystko zapłacimy również dolarami)

Kambodża – riel – 1000 RHL = 1 zł (głównie posługiwaliśmy się jednak dolarami, ale warto wymienić i posiadać pewną sumę rieli)

Zdrowie:

Szczepienia obowiązkowe – brak (zalecane: WZWA, WZWB, Dur Brzuszny, Polio, Wścieklizna)

Ochrona antymalaryczna – preparat zawierający DEET 50% (do nabycia na allegro, polecamy Mugga Roll-on, bardzo wydajna) – rzecz niezbędna, moskitiery nie wyciągnęliśmy z plecaka, malaron byłby przesadą)

Kłopoty żołądkowe – przestrzegając podstawowych zasad (nie pijemy wody niebutelkowanej, nie pijemy napojów z lodem, myjemy/dezynfekujemy ręce, jemy tam, gdzie jedzą mieszkańcy) uniknęliśmy większych kłopotów i sensacji.

Pogoda:

Listopad to dobra pora na wyprawę w ten rejon świata – nie jest jeszcze zabójczo gorąco, a deszcze zdarzają się rzadko i szybko przechodzą (na 3 tyg. padało 4 razy i tylko raz cały dzień, w dzień naszego wylotu ;)

 Bezpieczeństwo:

Czułam się bardzo bezpiecznie, choć zawsze należy zachować zdrowy rozsądek i pilnować swoich rzeczy, nie ważne czy w Europie, czy w Azji. W razie kłopotów w Tajlandii funkcjonuje policja turystyczna (mniej skorumpowana i bardziej godna zaufania niż tradycyjna) – nr tel: 1155 (z lokalnej karty pre-paid)

Dziennik podróży:

30.10.2012 r.

Wylatujemy z Krakowa. Najpierw samolotem AirBerlin do Berlina, potem do Abu Dhabi, w którym przesiadamy się w samoloty Etihadu do Bangkoku (łącznie podróż trwa ok 30 h, cena biletu 2250 zł).

 Dzień 1 (31.11.2012 r.)

Lądujemy w Bangkoku ok godz. 18.00. Na parkingu przed halą przylotów są punkty, w których przydziela się taksówki, ustalając od razu cenę. Cena taksówki z lotniska w okolice Kao San Rd – ok 16$ (łącznie z opłatą za autostrady). Zatrzymujemy się w hotelu Rambutti Village Hotel. KLIK. Hotel bez zastrzeżeń i nawet ma basen na dachu ;) Szybki prysznic, krótki odpoczynek i na miasto. Jet lag daje o sobie znać. Mimo trzydziestu godzin podróży, nie chce nam się spać.

Dzień 2 (01.11.2012 r.) – Bangkok

Przemieszczamy się albo tuk-tukami, albo na piechotę. Zwiedzamy:

  • Wat Chana – świątynia najbliżej naszego hotelu, trafiamy tu przez przypadek. Warto trafić przez przypadek ;)
  • Pałac królewski i Wat Phra Kaeo (Świątynia Szmaragdowego Buddy)

[panie – spódnice lub spodnie za kolana, chustki okrywające ramiona zostawcie w hotelu, zabierzcie t-shirty, bo będziecie zmuszone kupić na miejscu, co oznacza cenę z kosmosu za niegustowny worek, panowie – spodnie za kolana. Z ochroną kompleksu nie ma dyskusji]

– bilet wstępu – 350 BHT, warto, choć tłoczno.

  • Targ amuletów, na który trafiliśmy zupełnym przypadkiem – także tu, gdzieś na ulicy, jemy najlepszą zupę wyjazdu (30 BHT)
  • Wat Pho czyli świątynia leżącego buddy (jest naprawdę ogromy i robi wrażenie). Ponadto polecamy całe otoczenie świątyni: zabudowania klasztorne i szkoły masażu.

– bilet wstępu – 100 BHT, warto.

  • zachód słońca oglądamy na nabrzeżu podziwiając rozświetlającą się pod drugiej stronie rzeki Wat Arun

Wracamy do hotelu, po krótkim odpoczynku ruszamy na miasto na kolację. Wybieramy China Town i jest to strzał w dziesiątkę, zarówno ryba, jak i owoce morza są doskonałe, kolacja życia w śmiesznej cenie (ok 150BHT).

Dzień 3 (02.11.2012 r)

Tym razem bierzemy taksówkę, bo chcemy się zorientować czy mamy aktualne informacje dotyczące pociągu do granicy z Kambodżą. Jedziemy na dworzec Hualampong, gdzie dowiadujemy się, że pociąg kursuje dwa razy dziennie, ale aby zdążyć przed zamknięciem granicy, musimy wyjechać tym o 5.55 rano, bilet można kupić jedynie w dniu wyjazdu. Cena biletu do stacji końcowej (Aranyaphratet– 48BHT. Rozkład jazdy (KLIK), podróż trwa ok 7h.

[obecnie przejście graniczne otwarte jest do godz. 20.00!]

Z dworca przemieszczamy się metrem do centrum, żeby zwiedzić Lumphini Park (wysiadamy na stacji Humvit). Jest to ogromy park w centrum miasta. Po kilku godzinach spędzonych wśród zieleni z naładowanymi akumulatorami ruszamy podziwiać down town nocą, zjeść kolację i spotkać się z K. Znalezienie się z kimś w okolicach stacji BTSu – Asoke lub Nana, graniczy z cudem. Po jednej stronie mamy ogromne nowoczesne centrum handlowe, po drugiej zwykłe tajskie życie uliczne, po środku tego wszystkiego dwupasmówka, a nad nią BTS. Metropolia. Gubimy się w uliczkach, żeby znaleźć dogodne miejsce na kolację. Tuk-tuk do hotelu – 20 BHT.

Dzień 4 (03.11.2012 r.)

Wstajemy o bladym świcie, łapiemy taksówkę na dworzec (taksiarze nie są szczególnie chętni, aby wozić kogokolwiek o tej porze, a zwłaszcza za przyzwoitą, w naszym mniemaniu kwotę.  Ostatecznie płacimy ok 200 BHT). Na dworcu jesteśmy znacznie wcześniej, kupujemy bilety, rozkładamy się na plastikowych krzesłach, robimy zakupy na czekającą nas podróż.

Pociąg rusza punktualnie. Wesoła podróż trwa ok 7h. Na miejscu jesteśmy ok 13.00.

Na dworcu w Aranyaphratet spotykamy uśmiechniętego policjanta policji turystycznej, który pomaga nam znaleźć tuk-tuka i ustalić cenę za przewóz do granicy. Ponieważ wizy już mamy, jedziemy prosto do granicy Aranyaprethet/Poipet. Wyjazd z Tajlandii to chwila formalności, natomiast kolejka do przejścia z Kambodżą jest długa i niezbyt wesoła. Upał, kurz i duchota odbierają siły i zapał. Zanim przekroczymy granicę, zostawiamy skan odcisków wszystkich dziesięciu palców, trzeba także zostawić kopię swojej wizy, wystarczy czarno-biała, ale musi być.

W Popiet, nie ma mafii taksówkowej, a transport turystów jest zorganizowany. Mamy do wyboru albo bilet na autobus (tańszy) albo na taksówkę, decydujemy się na to drugie, ze względu na czas i wygodę i za 50$ kupujemy bilet do Siem Reap (jest to opcja dla leniuchów, sknery mogą iść do miasta i tam szukać tańszego przewozu ;). Taksówkarz nie mówi po angielsku, ale jest bardzo sympatyczny i ogromnie dumny ze swojego dokumentu prawa jazdy ;)

Podróż trwa ok 5h. Na miejscu przesiadamy się do Tuk-Tuka, który dowozi nas do wybranego hotelu.

W Sierm Reap zatrzymujemy się w hotelu Riverside (Polecamy! KLIK).

Dzień 5 (04.11.2012 r.) – Angkor

Wszędzie kręci się mnóstwo chłopaków, którzy bardzo chętnie przygarną turystów pod dach swojego tuk-tuka, nam udało się pod samym hotelem spotkać Somrosa, który nie dość, że mówił po angielsku, to zechciał zostać naszym szoferem na cztery kolejne dni w cenie, jak na naszą czwórkę, niewygórowanych 15$ za dzień [gdybyście potrzebowali kogoś mówiącego po angielsku, kto was zawiezie, odwiezie, poczeka i generalnie się zaopiekuje, polecamy Im Somrosa, naszego tuk-tuk drivera, który sprawił, że udawało nam się unikać tłumów w Angkorze, za co będziemy mu zawsze wdzięczni, Jego tel. to: [855] 92 299 775 lub [855] 80 299 775, e-mail: imsomros@yahoo.com)]

Pierwsze trzy dni wozi nas po Angkorze, czwartego zawiezie nas nad jezioro Tonle Sap.

Trzydniowy bilet wstępu do Angkoru kosztuje 40$ i na taki się decydujemy. Bilet jest imienny i ze zdjęciem. Pierwszego dnia udało nam się zobaczyć:

  • Angkor Wat (którego zwiedzanie zajęło nam ok 5h w zwalającym z nóg upale)
  • Basei Chamkrong
  • Zachód słońca na Phnom Bakheng (wpuszczana jest ograniczona ilość osób, także trzeba być nieco wcześniej)

Dzień 6 (05.11.2012 r.)

Wstajemy o godz. 4.30, aby zobaczyć wschód słońca przed Angkor Wat. Jedziemy w kompletnych ciemnościach. W okolicach świątyni spędzam ok godziny (zdecydowanie warto wstać o tej nieludzkiej godzinie, wschód i atmosfera robią wrażenie!), potem biegniemy na szybkie śniadanie i ruszamy zwiedzać kolejne świątynie. Poniżej opracowana przez Somrosa kolejność, która pozwoliła nam choć odrobinę uciec od tłumów Japończyków w identycznych czapeczkach:

  • Ta Phrom
  • Ta Keo
  • Thommamon
  • Chau San Tevoda
  • Phmeahakas
  • Baphuon (zamknięta, więc podziwialiśmy jedynie z zewnątrz)
  • Bayon

Przed zachodem słońca wracamy do hotelu, umęczeni, ale pełni wrażeń, wyruszamy na kolację na mieście i drobne zakupy na nocnym targu.

Dzień 7 (06.11.2012 r.)

Dziś możemy pospać, po 10.00 ruszamy na nasz ostatni dzień w Angkorze. Według planu zwiedzamy:

  • Prasat Prei Rup
  • Ester Mebon
  • Ta Som
  • Neak Pean
  • Preah Khan

Ostatnia ze świątyń robi na nas ogromne wrażenie, tym bardziej jest nam żal, że to już koniec. Gdybyśmy mieli więcej czasu, z pewnością poświęcilibyśmy na Angkor cały tydzień. Do hotelu ponownie wracamy już po zachodzie słońca.

 Dzień 8 (07.11.2012 r.) – Tonle Sap

Z Somrosem jesteśmy umówieni na godz. 13.00, ma nas zawieźć nad jezioro Tonle Sap. Po drodze oglądamy piękną kambodżańską prowincję z domami na palach. Są to już tereny zalewowe, choć w czasie, gdy tam jesteśmy, woda jest niska i jezioro zaczyna się kilka kilometrów dalej. W końcu docieramy na lokalną przystań, gdzie za 15$ od osoby, wynajmujemy łódź. Płyniemy do wioski na palach, gdzie przesiadamy się do malutkiej łódki, którą robimy rundkę po wiosce i lesie mangrowców (5$), na koniec wycieczki podpływamy do pływającej restauracji na obiad. Jemy tu najdroższy (choć bardzo smaczny) w całej podróży posiłek, ponieważ mamy świadomość tego, że każdy wydany tu dolar wspiera mieszkańców wioski, nie marudzimy przesadnie na ceny.

Kończymy posiłek i pędzimy na zachód słońca na jeziorze. Słońce zachodzi spektakularnie, ale ciemno robi się z minuty na minutę, więc szybko zbieramy się w drogę powrotną. W połowie drogi otaczają nas egipskie ciemności, ryk silnika spalinowego i niezliczone gwiazdy oglądane z dziobu łodzi. Dobijamy do przystani prawie po omacku, umiejętności naszego kapitana robią na mnie wrażenie, a na ląd dostajemy się, przeskakując z jednej łodzi, na drugą w zupełnych ciemnościach. Jak dla mnie super ;) Somros, jak zawsze niezawodny, czeka i odnajduje nas w tych ciemnościach.

Dzień 9 (08.11.2012 r.)

W centrum Siem Reap znajduje się niepozorny dworzec autobusowy, dzień wcześniej kupujemy tam bilet na autobus do Phnom Penh w cenie ok 12 $.

Autobus rusza z małego przystanku w okolicach centrum Siem Reap, po drodze, na większym dworcu przesiadamy się do innego autobusu, który wiezie nas już bezpośrednio do stolicy. Droga jest wesoła. W autobusie jest telewizor, a w nim lokalne przeboje karaoke (ponoć ulubiona rozrywka Khmerów), droga raz jest, raz jej nie ma, a widoki piękne i zaskakujące (konkurs na najdziwniejszą rzecz przewożoną na skuterze wygrywają żywe świnie i bryła lodu). W stolicy jesteśmy po 10h.

Na dworcu bierzemy tuk-tuka do hotelu, a zatrzymujemy się w Star Wood Inn (KLIK)

Ja osobiście tego miejsca nie polecam, ze względu na pokoje bez okien, ale jeżeli komuś to nie przeszkadza, to jest czysto, jest ciepła woda i nienajgorsze śniadania;) Po prysznicu i chwili odpoczynku ruszamy na zwiedzanie miasta, na piechotę docieramy do placu przed Pałacem Królewskim, gdzie, w charakterze rodzinnego pikniku, trwa czuwanie żałobne po śmierci króla Sihanouka. Spacerujemy wzdłuż rzeki, skręcając najpierw w  ulicę 104 (czerwona aleja Phnom Pneh), a następnie 108, w kierunku centrum,aż docieramy do nocnego targu rybnego. Przy tej samej ulicy co targ znajdujemy małą, pełną Khmerów restauracyjkę. To tu próbujemy żaby, węża, ryb i krabów. Mamy pewność, że produkty są świeże ze względu na bliskość targu, a sami widzieliśmy, że to, co jest tam sprzedawane, niejednokrotnie próbuje ucieczki przed śmiercią.

Dzień 10 (09.11.2012 r.) – Phnom Penh

Nie spieszy nam się, wstajemy po 9.00, jemy spokojne śniadanie w hotelu. Dziś przed nami ciężka przeprawa z Tuol Sleng i Polami Śmierci, ale najpierw w planach mamy Pałac Królewski. Gdy docieramy na miejsce, okazuje się, że Pałac będzie otwarty dopiero po południu, więc zmieniamy plany i tuk-tukiem jedziemy do S-11. Przeżycie jest ogromne i do spółki z upałem, wykańczające. Nikt z nas nie ma już siły na Pola Śmierci.

Pojechaliśmy zatem na rosyjski bazar, a następnie do otwartego już Pałacu Królewskiego, żeby zobaczyć słynną Srebrną Pagodę. Bilet wstępu do kompleksu kosztuje 25 000,00 rieli.

Następnym punktem zwiedzania była Wat Phnom i kolejny lokalny targ, tym razem nieco przypominający bazar pod dachem, gdzie w centrum budynku, pod kopułą, znajdują się lady z biżuterią, natomiast w odnogach budynku – stragany ze wszystkim. Miejsce ewidentnie nieturystyczne, gdyż na próby targów panie reagują pogardliwym prychnięciem.

Stąd mamy blisko do naszej ulubionej knajpki przy targu rybnym, jesteśmy nieco wcześniej niż poprzedniego dnia, więc widzimy, że przed zachodem słońca targ prawie nie istnieje. Jemy kolejną pyszną kolację, a w drodze powrotnej do hotelu słyszymy wystrzały. Okazuje się, że przed Pałacem Królewskim, nad rzeką, ma miejsce pokaz sztucznych ogni z okazji święta niepodległości Kambodży. Mamy szczęście ;)

Dzień 11 (10.11.2012 r.)

W hotelu kupujemy bilet z Phnom Penh do Sihanoukville za 18 000,00 rieli.

Bus spod hotelu zabiera nas ok 7.00 i wiezie prosto na dworzec. Droga do Sihanoukville przypomina tą z Siem Reap, raz jest, raz jej nie ma, choć tym razem znika nawet płatna autostrada. W autobusie już nie tylko karaoke, ale także teleturnieje. Jest wesoło, choć ilość decybeli przyprawia o ból głowy.

Podróż trwa ok 7 h, na miejsce docieramy zatem późnym popołudniem.

Zatrzymujemy się w hotelu Zana House – polecamy, gdyż hotel jest nowiutki, pachnący i tani ;) [KLIK]

Po południu idziemy dowiedzieć się o łódź i miejsca noclegowe na Koh Rong. (wszystkie informacje tu: KLIK)

Wieczór to plaża, drinki i sztuczne ognie.

Dzień 12 – 16 (11.11.2012 r. – 15.11.2012 r.) – Koch Rong

Rano bus zabiera nas do portu. Podróż jest koszmarem, niby krótka, ale bus jest zapakowany do granic, jest duszno, gorąco, wszyscy z plecakami i do tego niewiarygodne wertepy. Na szczęście po godzinie docieramy na przystań i przesiadamy się na łódź, którą płyniemy na wyspę. Pierwszy raz rzeczywiście psuje się pogoda, jest zimno i leje, ale gdy docieramy na wyspę, pogoda poprawia się na tyle, że spokojnie możemy doczłapać plażą do bungalowów. Zatrzymujemy się w Paradise Bungalows (mieliśmy szczęście, że znalazł się wolny bungalow. Tylko dzięki temu, że ktoś zrezygnował, znalazło się dla nas miejsce, także rezerwujcie je wcześnie, gdyż są najfajniejsze na wyspie, według subiektywnej oceny, rzecz jasna [zapłaciliśmy 30$ za dobę w czteroosobowym domku] – KLIK.  W końcu odrobina wakacji na rajskiej wyspie gdzie jest wszystko, co konieczne do szczęścia. Przez cztery dni jemy, plażujemy, robimy zdjęcia, zapuszczamy się w dżunglę, nurkujemy i jesteśmy szczęśliwymi ludźmi. Po czterech dniach połowa z nas ma dosyć byczenia i ucieka na kontynent, a druga połowa czeka na wieczorną łódź, żeby nacieszyć się ostatnimi chwilami w raju. Druga połowa przez to marudzenie ma okazję przeżyć sztorm na khmerskiej łodzi – można uznać to za bonus w postaci doznań ekstremalnych.

W Sihanoukville ponownie wybieramy Zana Guesthouse.

Dzień 17 (16.11.2012 r.) – Sihanoukville

W hotelu wypożyczamy skuterki (5$/dzień) i ruszamy w poszukiwaniu Rem National Park. Jazda skuterem po Sihanoukville to sama radocha. Ruch nie jest duży, wszyscy jeżdżą powoli, więc cieszymy się jak dzieci. Wiemy, że łódź z przewodnikiem możemy wypożyczyć gdzieś w okolicach lotniska, trafiamy tam bez większych problemów, a stamtąd zostajemy pokierowani do właściwego miejsca. KLIK

Za 10$ od osoby wypożyczamy na dwie godziny łódź z przewodnikiem, którą płyniemy do platformy widokowej. Wycieczka nie jest może najbardziej fascynująca na świecie, ale przyjemna. W drodze powrotnej do miasta, wstępujemy na Victory Hill (KLIK), gdzie podziwiamy zabudowania klasztorne, stary cmentarz i spotykamy mnichów oraz stado małp. Wypędzeni przez komary wracamy do miasta. Próbujemy jeszcze szukać Otres beach, a na niej prowadzoną przez polkę knajpę Sunshine Cafe, ale niestety, zapadający szybko zmrok, zmusza nas do odwrotu.

Dzień 18 (17.11.2012 r.)

Dzień wcześniej, gdy my walczyliśmy ze sztormem, nasi towarzysze podróży nabyli drogą kupna bilety autobusowe do Bangkoku. Nabyli w cenie 25$ od osoby, więc o godz. 8.00 rano byliśmy już spakowani i gotowi do drogi. Autobusik odbiera nas z hotelu, wiezie na dworzec, gdzie przesiadamy się do autobusu właściwego, który przez całą podróż do granicy był źródłem wielu przeżyć. W skrócie mówiąc: dymił, przeciekał, jechał w przechyle i przeżył kilka innych usterek, na szczęście, ostatecznie cało dotarliśmy do granicy Koh Kong/Trat.

Tam nas wysadzono, kazano przejść granicę na piechotę (bagaże zostały przeniesione za nas), dokonać formalności i po drugiej stronie zapakować się do busa do Bangkoku (w cenie biletu). Bus okazał się klaustrofobiczny, a kierowca szalony, ale również on w ciągu kilku godzin (długość podróży zależy od stanu korków) dowiózł nas bezpiecznie do Bangkoku. Poczuliśmy się prawie jak w domu.

Do końca pobytu mieszkaliśmy w Happy House [KLIK – którego dla odmiany nie polecamy, gdyż połowa wycieczki mieszkała z  PLUSKWAMI!]

Dzień 19 (18.11.2012 r. )

Dzień ponownego zwiedzanie miasta, przemieszczanie się wodnymi tramwajami jest wygodne, tanie i atrakcyjne turystycznie ;) Najpierw płyniemy w poszukiwaniu słynnego flower market (który o tej porze już się niestety zwija), potem tą samą linią płyniemy do centrum, gdzie połowa z nas udaje się do Lumpnin park, a druga połowa do największego bazaru Bangkoku – KLIK – niestety kilka godzin to za mało, żeby zobaczyć wszystko, jednak ponieważ chcemy tego dnia jechać jeszcze na Bangkok Baiyoke Tower II, musimy się spieszyć.

Wjazd na wieżowiec kosztuje 300 BHT, ale wart jest swojej ceny, budynek ma 84 piętra, a z tarasu widokowego panorama tego olbrzymiego miasta robi wrażenie. Warto także poczekać aż zajdzie słonce i obejrzeć panoramę po zmroku. Towarzysze broni wracają w okolice hotelu gdzie nabywają, w jednej z miliona agencji turystycznych, wycieczkę na floating market, a my zostajemy, aby jeszcze poszwendać się po centrum.

 Dzień 20 (19.11.2012 r. ) – Floating Market

Z bólem serca wstajemy o nieludzkiej (6.00) godz. i z półgodzinnym opóźnieniem ruszamy busem spod hotelu na floating market. Mamy do pokonania 100 km. Na miejscu zostajemy oznakowani białymi stikerami, żeby opiekun grupy wiedział, że my, to my, przesadzeni do szybkich łodzi, które mknąc kanałami, dowożą nas na miejsce, gdzie znowu przesiadamy się, tym razem do łódki napędzanej siłą mięśni. Rozpoczynamy objazd po targu, czasami płyniemy spokojnie, mijając kolejne stragany, czasami wpadamy na wodny zator. Po godzinie wysiadamy na ląd i tym razem dla odmiany możemy obejść targ. Czasu jest niewiele, więc spieszymy się, aby zrobić ostatni zakupy i zjeść coś dobrego. Mija kolejna godzina, a musimy stawić się w punkcie zbiórki na powrót do Bangkoku.

Wieczór spędzamy przy naszym zaprzyjaźnionym busie z drinkami głośno i wesoło żegnając się z Azją.

Dzień 21 (20.11.2012 r.)

Poranek to czas na leczenie skutków szalonej nocy w Bangkoku, ostatnie zakupy prezentowo/pamiątkowe i wizytę na targu, na którym kupić można dowolną ilość biletów na loterię (znajduje się on gdzieś w okolicach Kao San, ale nie jesteśmy pewni gdzie, gdyż dotarliśmy tam zupełnym przypadkiem).

Po ostatnim obiedzie w hinduskiej restauracji pakujemy graty i ok godz. 16.oo ruszamy taksówką na lotnisko. O 20.00 mamy samolot powrotny do zimnej i szarej Europy.

The End…

…mimo że w drodze powrotnej było wiele atrakcji, takich jak mgły, lądowanie nie tam gdzie trzeba i jeszcze kilka innych elementów, które będziemy czule wspominać ;)

Ogólny koszt wyprawy, przypominając, że za bilety zapłaciliśmy 2250 zł, a na miejscu specjalnie nie oszczędzaliśmy, wyniósł 5000 zł. Gdy następnego dnia po powrocie do Polski spojrzałam na witrynę biura podróży i zobaczyłam ofertę dziesięciodniowej wycieczki do Angkoru za 5500 zł, postanowiłam nigdy więcej nie korzystać z usług biura podróży i tego będę się trzymać ;)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s